Zatem majówka.. dwa dni urlopu a 5 dni wolnego. Dla mnie to ostatni długi weekend przed końcem roku szkolnego: matury, zajęcia ze studentami w weekendy, udział w komisjach na egzaminach zawodowych, wystawianie ocen i inne trakcje zawodu. Mrudziłam o ten weekend od lutego, tłumacząc jak chłop krowie na miedzy, ze później to mogę tylko pomarzyć. Propozycje trasy były rożne, ale powoli, powoli dojrzewał pomysł, aby wybrać się na Ukrainę.
Nie obyło sie bez lekkich spieć z cyklu: Bo Ty chcesz i trzeba, bo po co tam jechać, no to załatwiaj sama...
- No to załatwiłam -
Kwestia dyskusyjna to forma podróży: moto, czy auticzko. Jeśli moto, to trzeba załatwić przegląd i zieloną kartę a jesli auticzko (Kangur) to..też zielona kartę. Pogoda sama zdecydowała: auticzko. Troche nerwówki: powrót Damiana z toru w Słomczynie (ja miałam zajęcia ze studentami w weekend), czy zielona karta przyjdzie na czas (ubezpieczenie w Link4 i tam trzeba zadzwonić, żeby przysłali kartę). Ale wszystko było na czas, noclegi ogarnęłam wcześniej i we wtorek możemy jechać.
Droga
Podzielona na dwa etapy:
1.Z Katowic na kwaterę niedaleko granicy - konkretnie Wola Piotrowa. Tam płacimy 35 złotych od osoby za nocleg. Jest zimno, bo gospodarze nie ogrzewają juz pokojów, a pogoda nagle się zmieniła. Trudno. To tylko jeden nocleg, wcześnie rano i tak ruszymy do przejścia granicznego w Krościenku
2. Z Woli Piotrowej do Morszyna (na Ukrainie, miejsce naszego noclegu)
Droga w Polsce to raczej nuda. Albo autostrada, albo droga krajowa, albo lokalna. Płaska, równa, bez niespodzianek. Droga na Ukrainie....o niej krążą legendy, które my sprawdziliśmy osobiście. I od razu wyjaśniamy: kolor drogi na mapie nie świadczy o jej jakości, krajówka może być równa jak stół i nagle, ni z tego ni z owego przejść w dziury. To już nawet nie jest droga z dziurami, to są dziury z drogą. Po takiej drodze jedzie się tak, aby nie rozwalić zawieszenia, jeśli np po drugiej stronie dziur jest mniej i sa mniejsze, to jedziesz drugą stroną. Kierowcy z naprzeciwka doskonale to rozumieją i nie otrąbią, ani nie scholerują.
Przykład dziur z drogą
Jednak jadąc do Lwowa nie narzekamy. Droga jest równa, prosta, trochę nudna i co charakterystyczne - na Ukrainie jakoś unikają drogowskazów.
droga do Lwowa
Widocznie wychodzą z założenia, ze sa mapy, a jak gdzieś jedziesz, to uczysz się trasy na pamieć. Druga sprawa, ze większość nazw miast i miasteczek jest zapisana w ichnim języku. Ukraiński jest trochę inny niż rosyjski, ale spokojnie czytałam nazwy. I byłam przewodnikiem. Na drogach głównych - np z Uzgorodu do Lwowa można spotkań nazwy w języku angielski, zapewne dla turystów, którzy jednak nie uczyli się "krzesełek".Ruch drogowy w Ukrainie też rządzi się swoimi prawami. Mniej więcej takimi jak na Bałkanach - przepisy swoje a życie swoje. Najbardziej rozwalił mnie system parkowania. Parkujesz, gdzie chcesz. No chyba, ze jest zakaz, ale tych jest jakoś mało. W Samborze parkowaliśmy na rondzie, nikomu to nie przeszkadzało.
Sambor - ruch na drodze, parkowanie gdzie jest miejsce
We Lwowie tylko, parkując, zdemontowaliśmy tablice rejestracyjne. wg opinii jest wielu kolekcjonerów polskich blach - no cóz, co kraj to obyczaj. Inne aua na polskich blachach tez miały albo zdemontowane tablice i włożone za przednią szybę, albo przypięte przynajmniej dwoma trytytkami.Osobnym tematem sa przystanki/astanowki i marszrutki/busiki. Przystanek to swoiste dzieło sztuki. Ma albo mozaikę albo malunek obowiązkowo w tematyce Ukrainy, miłości do ojczyzny i walki za nią.
mozaiki na przystankach
Marszrutki to wszechobecne busiki, którymi można się dostać wszędzie. nie widziałam rozkładów jazdy, choć zapewne są. Po prostu przychodzisz na przystanek i czekasz, jakaś sie pojawi w najbliższym czasie
najlepsza marszrutka jaka widzieliśmy
No i samochody - łady pamiętające czasy minione i terenowce wypasione. Wszystko, aby poruszać sie na drogach rożnej jakości. A system od srodka rozwaliły dwie łady: jedna wioząca na dachu lodówkę i druga... Jedziemy po dziurach, predkość ok 5 km/h lawirujemy miedzy nimi.- Patrz teraz. Lewa strona - mówi nagle Damian
i mija nas z prędkością kosmiczna Łada na pełnym gazie...prawie unosi sie nad tymi dziurami
kazdy środek transportu jest dobry
Granica
Granicą w Krościenku. Trzy pasy (autobusy osobno) jeden z pasów dla "Unitow". My ustawiliśmy się na prawym pasie ale później przejechaliśmy na środkowy, Unitowy. Od razu podszedł do nas pogranicznik z pytaniem, dlaczego tak zmieniamy pas. Wyjaśniliśmy że pierwszy raz i nie mamy pojęcia, gdzie mamy stawać.
Zrozumiał.
Podjeżdżamy pod kontrolę. Podchodzi do nas pograniczniczka 😄.
Podaję jej paszporty, dokumenty samochodu, zielona kartę. Upewniam się że my to my i każe otworzyć pakę. Wszystko ok. Podjezdzamy dalej. Ukraińska odprawa.
Wychodzę z samochodu. Mam paszporty, dowód rejestracyjny z samochodu, ubezpieczenie, zielona kartę. Podaję w okienku. Pani odbiera i.. Zamyka okienko. Ja jej nie widzę, ona mnie zapewne tak
Zimno. Jak diabli. Pani chyba bukwuje nas i sprawdza, czy pieczątki w paszport ach są prawdziwe. Potem wypisuje karteczkę. Mamy podjechać do kolejnego okienka. Znowu procedura taka sama. Ale.. Okazuje się, że Kangur to ciężarówka i musimy zapłacić 2 euro (mam w monecie ale nie chcą przyjąć), albo w hrywniach, albo 10 złotych.
A co.. Stać nas.. Poznajcie Pana...
Jeszcze tylko zdjęcie paki (dobrze, że Damian zrobił porządek i pochwal narzędzia. Oddają dokumenty, a karteczkę, która wpisała Ukrainka każą oddać na wjeździe z napisem Ukraina.
Oddajemy i wjeżdżamy do innego świata.
Powrót już nie jest tak prosty.
Stajemy w kolejce. Co jakiś czas podjeżdżamy bliżej, ale nie idzie to tak szybko jak przy wjeździe. Wreszcie jesteśmy przed szlabanem. Pogranicznik ukraiński spisuje nasz numer rejestracyjny i znowu daje karteczkę, przejeżdżamy przez matę sanitarną i znowu kolejka.. teraz już dłużej. Wreszcie stoimy jako pierwsi do okienek. Starszy pan z plakietką służbową odbiera kartę, daje pieczątkę i zwraca kartkę. Każe zabrać paszporty i iść do okienka na odprawę paszportową (teraz Damian odwala wszystkie formalności i...zapomina o karteczce, pogranicznik, gdy się o tym dowiaduje, ma zjazd na krześle). Ogląda nasze paszporty, identyfikuje z osobami i mówi, ze mogę isć do samochodu. No to idę. A Damian...chyba z grzeczności wszystkich przepuścił...Wrócił, szlaban podniesiony i podjeżdzamy do odprawy polskiej. Tu mamy pograniczniczkę. Sprawdza paszporty, każe otworzyc pakę. Jest wg niej ok, zabiera paszporty do sprawdzenie.
Ale najciekawsze przed nami - odprawa celna. Dwa samochody przed nami: celniczka każe wysiąść, wyjac bagaże, w każdym sprawdza - co jest. Sprawdza samochód, pod siedzeniami pod klapą silnika. Pyta, ile mają towaru, co kupili, gdzie.
Podjeżdzamy. Damian zabiera paszporty, przekazuje, odpowiada na pytania: nie mamy papierosów, nie mamy alkoholu (oprócz miodówki - ale zapomniał o niej), pieniądze mamy na styk..ok 300 hrywni. Pani jednak mimo wszystko sprawdza pakę, prosi o otwarcie bagażu, sprawdza tak symbolicznie (moja herbata ziołowa kupiona na Wołowcu!!! - ale nie znajduje jej), później zerka do kabiny (dobrze, ze zrobiłam szybki porządek), oddaje paszporty i życzy przyjemniej podroży. Wjeżdżamy do Polski.
Miasta, miasteczka.
Poniewaz mieliśmy dwa pełne dni do zwiedzania, ustaliliśmy, ze jeden przeznaczymy na ludzi a drugi na przyrodę. Po przekroczeniu granicy zatrzymujemy się w mijanych większych miasteczkach. Najpierw Sambor. Czas sie zatrzymał, a dla nas cofnął. Tak do końca lat 80. Upadajacy komunizm, ludzie, którzy chcą zachować resztę godności, którzy oswajają niedociągnięcia władzy, korupcję.
Kamieniczki na rynku w Samborze
Przepiękne kamieniczki, które wymagają remontu, zabudowa galicyjska, pamiętającą chyba jeszcze rządy C.K. Najjaśniejszego cesarza Franca Josefa. Chodzimy po miasteczku, oglądamy, ale jednocześnie zastanawiamy się, jak to możliwe ze kilkaset kilometrów na zachód świat uciekł o kilka dekad? Wchodzimy do pubu, aby coś zjeść i się rozgrzać. I tu miła niespodzianka - kelner mówi łamana polszczyzna, ja mówię po rosyjsku. Dostajemy sałatki i herbatę. W sam raz, aby uspokoić głód. Płacimy... niecałe 200 hrywień (zakładając kurs hrywni ok 16 groszy).Robię zdjęcia, ale bardziej skupiam się na codzienności, na mieszkańcach.
Drohobycz - miasto Sklepów cynamonowych. Miasteczko żydowsko, ukrainsko, polskie
Rynek rozkopany - remont . Na jednej z kamienic - portret Stiepana Bandery. Dla niektórych z Ukrainców to bohater. No cóż, jeśli w Polsce czci się Burego i Kurasia, to dlaczego Ukraincy nie mają czcic Bandery.
Drohobycz
Dodatkowo - pomniki Tarasa Szewczenki i Iwana Franka. No i cerkwie. Z wystrojem bizantyjskim, pełne przepychu, bogactwa. Choć w Drohobyczu jest i synagoga. Ale można ją zwiedzać w określonych godzinach.Spacer po miasteczku, już w słońcu, mijamy handlujące Ukrainki - mleko, twaróg, rzodkiewki. Wszystko to, co potrafią same wyhodować (większość domów i bloków ma swoje ogródki a przy domach prywatnych pasą się kozy). Znowu ta refleksja: jak mało trzeba, aby przenieść się w czasie
Wiadomo, ze trzeba zobaczyć Lwów. Ponieważ pogoda to była czysta loteria, zatem decydujemy z dnia na dzień. Podróż do Lwowa, wyjazd do miasta, bez GPS, bez nawigacji. Na wariata. Okazuje sie, ze parkujemy blisko Rynku, bliżej się już nie da. Zabezpieczenie tablic i ruszamy. Na Rynku zaopatrujemy się w mapę i ustalamy plan marszu: najpierw wzgórze z panoramą miasta ( nie weszłam na szczyt - pokonał mnie lek przestrzeni), później budynek Opery (zachwyca z efektem wow), a później cmentarz Łyczakowski.
czeste na Ukrainie - mozna zobaczyc, jak powstaja warienki
przewodnicy
miasto lwów
budynek opery i my
panorama miasta
Cmentarz Łyczakowski. Nekropolia na wzgórzach. Kwatera Orlat. Ale na mnie większe wrażenie robi kwatera żołnierzy ukraińskich, którzy zginęli (tak, większe wrażenie). Odczytuję daty smierci: 1992r i 2015. I daty urodzin: 1977, 1985 jedna nawet 1990r. Czytam napisy na tabliczkach, tłumaczę Damianowi. Mija nas kobieta, szklane oczy, smutek i krecenie głową, takie z rezygnacją, z bezsilnością..- Co się stało - pytam po rosyjsku. Od razu tłumaczę Damianowi po polsku o co pytam. Rosyjski dla nich to jezyk wroga
- Niepotrzebna śmierć, oni tacy młodzi, zginęli - kobieta ociera łzy, mówi urywanymi słowami
- W Doniecku? - upewniam się, jednocześnie tłumacząc wszystko
- W Doniecku i Ługańsku. Mój brat tez zginął, tu lezy - pokazuje na grób obok. Własnie dziewczyna zmienia kwiaty w wazonie.
Odchodzimy, aby nie wchodzić w cudze życie.
Widzieliśmy mizary w Sarajewie, róże Sarajewa pola minowe. A jednak ta rozmowa robi większe wrażenie. Wojna jest zawsze okrutna - zabiera niewinnych, zostawia pustkę.
Przyroda, ZakarpacieDrugi dzień cały miał byc poswiecony na chodzeniu w górach (Karpaty Wschodnie). Nawet przeszlismy kawałek szlaku, ale zrezygnowalismy. Słonce, ale zimny wiatr kazał rozsadkowi zrezygnować. Obaj chorzy, trasa przed nami w sam raz, aby się doprawić. Trudno. zostawiamy to na drugi raz.
Wsiadamy do Kangura i robimy objazd. Nie żałujemy, widoki piękne, co chwile cerkiew, doliny, szczyty. Widzimy też policję - az trzy interwencje: do przewróconego tira, do jednego zatrzymania na dziurawej drodze (nie wiem, dlaczego takie zatrzymanie) i do stłuczki. Chyba będą to w kronikach zapisywać.
Zakarpacie, czas na posiłek
Jedziemy po Zakarpaciu. Wspominałam wcześniej, ze na Ukrainie czas sie zatrzymał na późnych latach 80? To tam trwa jeszcze w latach 60. Drewniane domy, ludzie osmagani wiatrem, tacy..czerniawi. Ubrani..no biednie. To nie sa łachmany, ale tez nie można powiedzieć, ze to nowe ubrania. Tylko młodzi starają się ubierać niczym ich rówieśnicy w miastach. Ogladamy to i zastanawiamy sie, jak zniszczyła nas cywilizacja. Choc, gdy przekroczymy granicę i wrócimy do Polski docenimy to, gdzie żyjemy.Jedzenie, opłaty
Oczywiście: warjenki w różnych wersjach, barszcz ukrainski, soljanka i sało (słonina). Jedzenie proste i zdrowe. Do tego herbata. Z cen jakie pamiętam (mówie o restauracji Kasztan w Morszynie) to warjenki ok 40 hrywni a jest ich tam 15 sztuk, barszcz 50 hrywni. Obiad składający się z barszczu, warjeniek, ryby z warzywami kosztował nas 140 hrywni.
warienki
barszcz ukrainski
Wymieniałam 500 złotych i z tych pieniędzy zapłaciłam: nocleg (3 noce dla dwóch osób 1030 hrywnie - ok 150 złotych), jedliśmy, kupiliśmy miodówkę, ser w zalewie z oleju, pomidory kiszone, kawy napoje i inne atrakcje. Wejście na Łyczakowski to 40 hrywni od osoby i 10 za robienie zdjęć. We Lwowie trafiliśmy na jarmark swiateczny - tam uraczylismy się kwasem chlebowym, szaszłykami i kiszonymi zielonymi pomidorami - cos niesamowitego. Później chcieliśmy zjeść obiad, ale nie pizze czy inne wynalazki, tylko taki typowy - niestety, nie we Lwowie.I co charakterystyczne - nie umrze się tam z głodu. W sklepach można kupić hamburgery, hot-dogi inne fast foody. Ale to juz nie dla nas.
Ludzie
Ukraincy z początku są nieufni. Szczególnie, gdy mówiłam po rosyjsku. Ale uśmiech, życzliwość przełamuje wszystko. Można z nimi rozmawiać po polsku, zrozumieją lub domyślą się. Nie spotkałam się z wrogością, ostracyzmem. Chętnie objaśniali, pomagali.
Wołowiec
most na rzece Stryj
Drohobyczanie
Na kwaterze, gdzie mieszkaliśmy w ostatnim dniu zamówiliśmy śniadanie (omlet, parówka, chleb, herbata i koszt 50 hrywni od osoby). Przy stole siedziała starsza Pani, która pamiętała zapewne czasy Związku Radzieckiego. Rozmawiała z nami po rosyjsku i była zdziwiona, ze Damian odpowiada po polsku.- Nie, to Sabina mówi po rosyjsku - uśmiechnął sie Damian tym swoim demoniczno - rozbrajającym uśmiechem
- Och, a ja sadziłam, ze Pan jest Gruzinem. Na pewno pan nie pochodzi z Gruzji? A Pani na pewno jest Polka? - upewniała się Pani.
Wytłumaczyliśmy, ze na pewno nie, jesteśmy Polakami, tylko mamy taka urodę.
Natomiast mieliśmy okazje widzieć zachowanie Polaków. Wykłócanie sie o złotówkę w ubikacji, traktowanie kobiety z pogardą. Jak zawsze - nie wytrzymałam. Oczywiście pomyliły mi się języki i zwymyślałam faceta...po rosyjsku. Ale szybko przeszłam na polski i w świat poleciały słowa o dzbanach, wieśniakach i Lachach co to panów chcieliby grać.
No nie mogę... Irytuje mnie ten sarmatyzm, manieryzm i wielkopaństwo szlachciców - szaraczków co to na zagrodzie... I to już nie pierwszy raz.
Epilog
Ukraina to stan umysłu. Tam trzeba sie nastawić na inność, na inne życie i postrzeganie świata. Nie spotkaliśmy się z wymuszaniem łapówek, domaganiem sie dodatkowej zapłaty. I mimo, ze nie mieliśmy efektu WOW, to w drodze powrotnej stwierdziliśmy, ze trzeba tutaj wrócić.
I jeszcze... gdy wyjeżdżaliśmy, Damian zaczynał mi czytać proste wyrazy w ichniejszym języku :)
Wcześniej tłumaczyłam mu, jak czyta się litery jaki jest akcent. I voila... proste wyrazy juz rozpoznawał i posługiwał się prostymi zwrotami.
Więcej zdjęć z wyjazdu można znaleźć jak zawsze na photogoogle



































































Super wpis. Pozdrawiam i czekam na więcej.
OdpowiedzUsuńNaprawdę świetnie napisane. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń