środa, grudnia 25, 2019

Gruzja 2019. Trip w Azji. Maccheta - Mtianetia. Cminida Sameba

Właśnie teraz, gdy porządkuję notatki, zapiski, ustalam co napisać uświadamiam sobie, ze byliśmy prawie w każdej części Gruzji. No dobrze...nie zahaczyliśmy o południe. Ale..nic nie jest stracone.
Drugi dzień naszych wakacji. Wyjeżdzamy z Borjomi żegnani przez naszych gospodarzy. Dzis czeka nas droga asfaltowa. Najpierw w kierunku Tbilisi, Maccheti i później odbijamy na Gruzinską Drogę Wojenną.

Ruch uliczny w miastach jest specyficzny, prawo silniejszego, sprytniejszego i zwinniejszego. Na poboczu stoją stragany z leżakami i hamakami. Jakżeby inaczej, to kolejny kraj, gdzie pojecie czasu jest względne. Plan jest taki, aby zatrzymać się gdzieś na kawę. Ale jakoś nie potrafimy znaleźć miejsca. Zatrzymujemy się w Macchecie, ale bardziej dla odpoczynku, uzupełnienia wody w organizmie. Robimy zdjęcia mieszkańcom, otoczeniu.
Maccheta - zatrzymaliśmy sie na przystanku autobusowym

pozostałośc po czasach..chyba republiki
Jedziemy dalej drogą E117. To droga tranzytowa do Rosji. Dlatego tez coraz wiecej samochodów na rosyjskich blachach. Pojawiają się tez nieśmiertelne Kamazy - niezniszczalne ciężarówki, które pamiętają chyba czasy towarzysza Brezniewa. Trochę maja problem z podjazdem pod górę, ale wystarczy przegazówka, niższy bieg i gruzawik mozolnie wspina się przed siebie.
Pierwszy dłuższy postój mamy w Ananuri. Zabytkowy zamek z dwoma kościołami nad lazurowym jeziorem. Ponieważ obok jest dość sporych rozmiarów parking zatem i turystów dość sporo. Zatrzymujemy się do zrobienia zdjęć, rozprostowania kości i przegryzienia chleba, który mamy w sakwach.



 Autobusy zjeżdżają, słychać język polski. No to czas w drogę.
- Czy wspominałam na blogu, że staramy się unikać rodaków za granicą? No to staramy się. Szczególnie tych głośnych, co to : "Ja nie dam rady? Potrzymaj to piwo"
Ruszamy dalej. I znowu mijane miasteczka i wioski, kamazy na rosyjskich blachach, rosyjskie osobówki. Zaczyna się też Kaukaz, ten prawdziwy Kaukaz, choć ja go sobie inaczej wyobrażałam. Tak dwukrotne nasze Tatry. Ale nie można mieć wszystkiego na raz.
W Gruzji po drogach szwendaja się wszędobylskie mućki. Można na nie trąbić, pohukiwać, a one i tak ze stoickim spokojem będą się przyglądać i przeżuwać coś w pysku. Respektują je nawet kierowcy kamazów - grzecznie czekają, az mucka zejdzie z drogi i pozwoli dalej jechać. No i spotykamy takie mućki, Na moście, centralnie w srodku. Wylegujące się, oganiające od much. Samochody grzecznie czekają, my lawirujemy miedzy zwierzakami i jedziemy dalej. NA jednym z wielu zakrętów zatrzymujemy się na postój. Miejsce też zacne  stragany z churchelami, owocami, możliwość zamówienia sobie kawy i dodatkowo - woda spadająca kaskada ze skał.
churchele i ich różne odmiany
Oprócz nas miejsce postoju wybrali i inni ekskursanci. Ale co tam. Zamawiam kawę, owoce, kupujemy churchele. Zabawna sytuacja - gdy ja zamawiam kawę do Damiana dosiada sie Rosjanka - uczestniczka wycieczki, jaka własnie sie zatrzymała. Jak większość Rosjan - bardzo towarzyska - i od razu rozpoczyna rozmowę. Ten wzork damianowy wołający o pomoc w tłumaczeniu...
Podchodzę i wyjaśniam, ze ja mówię po rosyjsku i będzie mi miło zamienić kilka słów, opowiedzieć o nas, ale czekam na kawy.
Okazuje sie, ze jednak można porozmawiać, nie znając języka. Gdy wracam, Damian zdaje mi relacje z rozmowy: turystka jest z Moskwy, zdziwiona, ze ja jestem Polka bo bałtam jak Rosjanka i czy na pewno Damian nie jest Gruzinem, bo jakoś tak urodowo...
Wypijamy kawę i dalej w drogę. W życiu nie dojedziemy pod Kazbek, jeśli będziemy przemieszczać się w takim tempie. Oczywiście kolejny obowiązkowy przystanek to punkt widokowy Gudauri platforma otoczona mozaiką.


centralna część mozaiki - Matka Gruzja

nastajaszczij Gruzin i my
Jeśli dobrze się przyjrzeć i odpowiednio zinterpretować, to można doszukać się fragmentów historii Gruzji. I oczywiście centralna postać: Matka - Gruzja.
Atmosfera..no cóż, masa turystów, głośnych, wszędobylskich. Z otaczających stoków górskich startują paralotnie, można sie zgłosić: zawiozą na punkt startowy, odbiorą z lądowiska i dostarczą na parking. Kolejna atrakcja dla turystów. My robimy sobie zdjęcia z nastajaszczim Gruzinem, który wykorzystuje moment i może mnie mocno i bezkarnie objąć w pasie. Tłumaczy się zaraz i przeprasza.
- Czy my wreszcie dojedziemy do Stepancmindy?
Jednak powoli, powoli zbliżamy się do celu. W Stepancminidzie odbijamy w lewo (w zasadzie już za miasteczkiem) i przed nami pojawia sie Kazbek.
Kazbek

a to..motocyklista z Kazbekiem w tle
W śnieżnej czapie, dostojny, majestatyczny. A my jedziemy/wspinamy się do najbardziej charakterystycznego miejsca w Gruzji - do Cmindy Sameby.
Podjeżdżamy pod wzniesienie całkowicie ignorując wytyczoną drogę - co to dla Yamaszki, która zasuwa niczym mały samochodzik. Odpoczynek i czas na zdjęcia. Mnie ciągnie do samej cerkwi, choć ilość turystów może odstraszyć. Ale co tam. Muszę tam być. Biorę aparat i cisnę na wzniesienie klasztorne. Obfotografowuję wszystko co się da, szczególnie mnichów, którzy pracują niczym kamieniarze i remontują otoczenie cerkwi.


Żeby do niej wejść muszę zaopatrzyć się w odpowiednią przepaskę - coś jak fartuch. Do kościoła kobiety nie mogą wchodzić w spodniach, natomiast nakrycie głowy już nie jest wymagane.
 zdjecie prawie romantyczne 

"Twoje słowa są jak swist szabli, moje - jak krzyk orła w górach" - tak Grigori Saakaszwili tłumaczył Jankowi zawiłość mowy gruzińskiej (Czterej pancerni i pies)
I oto udało mi się złapać orła. Co więcej, gdy miałam okazje widzieć tańczących Gruzinów to ich taniec , ruchy przypominają szybowanie orłów


Wracam do Damiana a tam - wjazd kolejnych motocyklistów. Mijaliśmy ich po drodze, maja motocykle na armeńskich blachach, ale zapewne tak jak i u nas to wypożyczone moto. I nasze przypuszczenia są słuszne - to grupa niemieckich turystów. Starszych od nas, ale cieszą sie jak dzieci z podroży. Witamy się, wymieniamy tradycyjne informacje. My wracamy do Gudauri. Tam mamy zarezerwowany nocleg w Tsari Bani Spa Resort. Ale nim tam dojedziemy zatrzymujemy się na spóźniony obiad w restauracji Tsanereti. Tam dostajemy jakiegoś zaćmienia umysłowego - zamawiamy każdy dla siebie po kilka chinkali z mięsem i kilka z serem (płaci się za sztukę, ok.1 lari). Mieliśmy tego ok 16 pierogów. I te pierogi nas pokonały. Chinkali z miesem (to w formie sakiewki) na podstawę wielkości mojej dłoni. Teraz wiem, ze wystarczą mi 4 chinkali i jestem objedzona, wówczas nie wiedziałam.

chinkali i restauracja w której jeddliśmy - pismo charakterystyczne - makaroniki
Trzeba przyznać uczciwie - zamawialiśmy jeszcze tak, jak zamawia się w Polsce, w Europie. Każdy dla siebie. A w Gruzji zamawia się ogólnie potrawę, kilka potraw i każdej się kosztuje. Bo dostaje się dodatkowy czysty talerz. Płacę kartą - cały posiłek: chinkali, surówka, woda Borjomi i lemoniada - 31lari. Oczywiście - znowu wywiad gruziński:skąd dokąd, co mamy w planach. Jednak motocykl i sposób podróżowania nim otwiera milion drzwi i języków.
Zjeżdżamy na kwaterę. Jest na full wypasie i kosztuje nas ok 80 lari ze śniadaniem (oczywiście za dwie osoby). Mamy jeszcze dość czasu, aby pospacerować po okolicy, bo Gudauri rozwija się w kierunku bycia kurortem zimowym, gdzie będzie można szusować na kilometrowych stokach. Czyli za jakieś 10 lat Gruzja straci na atrakcji i inności, a stanie się jak wiele kurortów w Alpach. Ale Gruzini też muszą z czegoś żyć.


 takie maszyny to normalnosć w Gruzji
 dach naszego hotelu
 Zmierzch w Gudauri

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 road 4 two , Blogger