Idąc siła ciągu robię kolejny wpis z wyjazdu. Jeśli dalej będę pisała z taka szybkością, to starość mnie szybciej dopadnie.
Trzeci dzień. Budzimy się i czekamy na śniadanie w naszym hotelu. I tu informacja:dla niektórych Gruzinów pojecie "skromnie" ma całkiem inne znaczenie niż w naszym języku. Skromne śniadanie w hotelu to:pieczywo podsmażane, pieczywo zwykłe, bułeczki z serem, ser, wędlina owoce i co tam jeszcze. I jak tego nie zjeść.
Dojeżdzamy do przełęczy Abano na wysokości 2826m npm. Chwila odpoczynku, rozprostowania kości, napawanie sie widokiem szczytów, fotografowanie.
Wreszcie dojeżdżamy do celu. Wioska położona w górach, odcięta od swiata, ale nie od cywilizacji.
Szukamy naszej kwatery -hotelu Tsasne. Po lekkich komplikacjach znajdujemy go, kwaterujemy sie. Ja jak zawsze robię za tłumacza, ale zaczynam przypominać sobie coraz więcej słów , wiec idzie mi to bez problemu.
Lokujemy sie w pokoju z łazienką. Czy pisałam już ze w większości kwater jest w łazience szampon, płyn do kąpieli a czasmi waciki do demakijażu? No to są. I oczywiście ręczniki. Zrzucamy z siebie kombinezony motocyklowe, które bardziej sa szare niz czarno - czerwone. To zasługa pyłu z drogi.
Robimy rekonesans po okolicy.
A ja mam wrazenie, ze nie ejsteśmy w Omalo, tylko w krainie Ludzi Lodu. Opowiadam Damianowi te historię z powieści Margit Sandemo. Osada jest niewielka, ale tu wreszcie słysze "dżygitów" - na pełnym galopie mijaja nas i to charakterystyczne poświstywanie. Zawsze się uczyłam gwizdać przez zęby - nigdy nie nauczyłam.
W ofercie hotelu mamy również opcje kolacji - wykupujemy ją (koszt ok 15 lari od osoby) i w ofercie mamy lokalne produkty - chinkali, bakłażan z farszem orzechowym, arbuzy, kiszone warzywa, chleb i..czacze (ichni bimber ok 75%).
Polacy.. no cóż, róznie nasi rodacy sie zachowuję, Jedna z górp dała w palnik, tak do odcięcia. A jutro czekał ich treking w górach - współczuję.
Ntomiast tu miało miejsce dość ciekawe wydarzenie. Okazało się, ze grupa Francuzów była umówiona na przejażdżkę konną. NA miejscu ani koni, ani Gruzina, który miał im to załatwić. Oni sami szprechają językiem Aleksandra Dumasa, albo Szekspira. Nasz gospodarz tylko językiem Puszkina. No i teraz okazło się, ze jednak dobrze znac angielski. Słuchałam, co mówią Francuzi po angielsku, upewniałam sie u Damiana, czy dobrze wszystko zrozumiałam, po czym przekładałam to na język rosyjski. I tu wyszło jak Gruzini poczuwają sie do obowiązku - natychmiast zapewnił Francuzów (przez moje tłumaczenie z rosyjskiego na polski i Damianowe z polskiego na angielski), że: "wsio budiet w pariadkie, skoro prijdiot jewo drug, kotoryj"...tfu... języki mi sie mieszają... Suma sumarum - Francuzi do pół godziny ustalali z nowym przewodnikiem trasę konnej wycieczki. Fajnie być uczynnym . Ja jeszcze zapytałam, jak żyją tutaj w sezonie jesienno - zimowym. Okazało się, ze zimą zostaje tutaj około 7 osób, które dopilnowują, aby nie było wielkich zniszczeń. Domy są zabezpieczane przed śniegiem i deszczem. Jedzenie mają dowożone..helikopterem. A reszta schodzi w doliny.
- Kurczaki...Damian... przecież łóżko w którym leżymy, trzeba było przywieźć, kabinę prysznicową, kafelki.- patrzyłam w sufit zastanawiając sie, jaki koszt jest utrzymania takiego hotelu
- Własnie też o tym myślałem. Wszystko trzeba było przywieźć tą cholerną drogą - Damian tak samo snuje refleksje
Jednak cywilizacja nas rozpasała.
Trzeci dzień. Budzimy się i czekamy na śniadanie w naszym hotelu. I tu informacja:dla niektórych Gruzinów pojecie "skromnie" ma całkiem inne znaczenie niż w naszym języku. Skromne śniadanie w hotelu to:pieczywo podsmażane, pieczywo zwykłe, bułeczki z serem, ser, wędlina owoce i co tam jeszcze. I jak tego nie zjeść.
skromne śniadanie w Gruzji
Dziś czeka nas dość ciągu trasa. Może nie w odległości, ale w wysokości. Jedziemy do Omalo - wioski położonej na wysokości 3000m n.p.m. a droga do niej jest uważana ze jedną z najniebezpieczniejszych w świecie. Wracamy zatem do Ananuri (tam tankujemy), a później w Zhinvali odbijamy w lewo na Tianetię. Droga różna, czasami asfalt, czasami szuter, ale dla naszej Yamaszki w sam raz. Rozmawiamy nawet, gdy zatrzymujemy sie na kawie w jednym z miasteczek, że na upartego Suzi też dałaby radę. Ale nie chcielibyśmy, aby wjeżdżała na te 3000m nad poziom.
Postój na kawę, miejscowosc zapomniania przez ludzi, Gruzinka
I przyznam się, że tu pamieć mnie zawodzi. Jak przez mgłę pamiętam drogę do jednej z wiosek/miasteczka. Przeglądałam nawet inne blogi, aby znaleźć dokładny opis numeryczny dróg, ale nic.No cóż....Przeglądając teraz mapę google zapewne była to trasa z Tianetii do Achmety a później a później Pshaveli. WAchmecie tankowaliśmy do pełna oraz brali paliwo do wszystkich możliwych butelek, żeby później nie mieć niespodzianki. Obsługa stacji informowała nas o drodzęi czasie rpzejazdu (ok 3 godzin, choc już wiemy, ze czas w Gruzji jest wzgledny). Droga 843 i jedziemy dalej. W Pshaveli, przed wjazdem na główną trasę do Omalo, zatrzymujemy się i kupujemy cokolwiek do jedzenia. Proste skrzyżowanie, po jednej stronie sklep wielobranżowy po drugiej piekarnia i...Gruzini siedzący w cieniu drzewa i grający; w kości, warcaby - nie mamy pojęcia. Ale grają, ostro i nawet kłócą się, ale bardziej dla zachowania fasonu.
Starsi panowie siedziący za drogowskazem - hazardziści
Kupujemy chleb w piekarni (ok. 1 lari), ja dla siebie śmietanę do picia, jakąś wędlinę. Musimy cokolwiek zjeść, bo czas obiadu nam minął a nie wiadomo, co nas czeka. Kupuję jeszcze puszkę rybną, żeby miec coś na śniadanie. Ruszamy, najpierw asfaltową drogą wzdłuż rzeki Alazani, później w drodze pojawia się trochę dziur, później wiecej szutru, a później już sam szuter. Jak na razie nie jest źle, zakrety wychodzą spokojnie, mijają nas motocykliści, ale kazdy z nich dosiada jednego rumaka. tylko my jedziemy w duecie.
I tu specjalny podziw dla Damiana. Ja wiem, że motocykliści są różni, że każdy ma swój sposób jeżdzenia i wożenia plecaka. Jednak Gruzja pokazała umiejętności kierowania. Moto terenowe, z bagażami, plecakiem (czyli mną) i jazda serpentynami pod górę, a później zjazd.
DAMIAN - JESTEŚ WIELKI!
I tu specjalny podziw dla Damiana. Ja wiem, że motocykliści są różni, że każdy ma swój sposób jeżdzenia i wożenia plecaka. Jednak Gruzja pokazała umiejętności kierowania. Moto terenowe, z bagażami, plecakiem (czyli mną) i jazda serpentynami pod górę, a później zjazd.
DAMIAN - JESTEŚ WIELKI!
I na tym kończę motyw uwielbienia.
gdzieś w połowie drogi, tablica upamiętniajaca wypadek
Droga systematycznie wspina sie w górę, serpentyny, nawroty. Gruzini wychodzą z założenia, ze nie warto budować barierek zabezpieczających. Trudno - spadniesz to spadniesz. Albo się zsuniesz i wyjdziesz o własnych siłach, albo nie ma po co uruchamiać akcji ratunkowej. Dlatego tez co jakiś czas mijamy tablice poświęcone takim kierowcom. Jednak kierowcy Mitsubishi Delica radzą sobie wyśmienicie. Dla nich nie ma drogi, której nie można przejechać.Dojeżdzamy do przełęczy Abano na wysokości 2826m npm. Chwila odpoczynku, rozprostowania kości, napawanie sie widokiem szczytów, fotografowanie.
Przełecz Abano, droga w jedną i drugą stronę i my
Przed nami dopiero połowa trasy. Teraz zjeżdżamy, jest trochę gorzej. JA co chwilę zsuwam sie z siedzenia, i przy każdym wyboju wykorzystuje moment aby poprawic się na siodle. Daję radę, choć zmęczenie zaczyna dawać o sobie. Droga choć malownicza, zaczyna sie ciągnąc. Jedziemy miedzy górami, wspinamy się na wypłaszczenia majac stale nadzieje, ze to już, zaraz, za tym zakrętem, a jak nie za tym to na pewno za następnym.Wreszcie dojeżdżamy do celu. Wioska położona w górach, odcięta od swiata, ale nie od cywilizacji.
Szukamy naszej kwatery -hotelu Tsasne. Po lekkich komplikacjach znajdujemy go, kwaterujemy sie. Ja jak zawsze robię za tłumacza, ale zaczynam przypominać sobie coraz więcej słów , wiec idzie mi to bez problemu.
Lokujemy sie w pokoju z łazienką. Czy pisałam już ze w większości kwater jest w łazience szampon, płyn do kąpieli a czasmi waciki do demakijażu? No to są. I oczywiście ręczniki. Zrzucamy z siebie kombinezony motocyklowe, które bardziej sa szare niz czarno - czerwone. To zasługa pyłu z drogi.
Robimy rekonesans po okolicy.
A ja mam wrazenie, ze nie ejsteśmy w Omalo, tylko w krainie Ludzi Lodu. Opowiadam Damianowi te historię z powieści Margit Sandemo. Osada jest niewielka, ale tu wreszcie słysze "dżygitów" - na pełnym galopie mijaja nas i to charakterystyczne poświstywanie. Zawsze się uczyłam gwizdać przez zęby - nigdy nie nauczyłam.
Tak piękne truchło Ziła, musiałam do niego wsiąść
Dżigici
Damian chce nakręcić jeszcze materiał filmowy, ja wracam na kwaterę, czyszczę kombinezony i buty z pyłu. Wiem, ze jutro będzie podobnie, ale chyba wygodniej zmywać pył jednodniowy niż wielodniowy.
Pojawiają sie kolejni goście - dwie grupy Polaków, Francuzi i Holender.W ofercie hotelu mamy również opcje kolacji - wykupujemy ją (koszt ok 15 lari od osoby) i w ofercie mamy lokalne produkty - chinkali, bakłażan z farszem orzechowym, arbuzy, kiszone warzywa, chleb i..czacze (ichni bimber ok 75%).
Polacy.. no cóż, róznie nasi rodacy sie zachowuję, Jedna z górp dała w palnik, tak do odcięcia. A jutro czekał ich treking w górach - współczuję.
Ntomiast tu miało miejsce dość ciekawe wydarzenie. Okazało się, ze grupa Francuzów była umówiona na przejażdżkę konną. NA miejscu ani koni, ani Gruzina, który miał im to załatwić. Oni sami szprechają językiem Aleksandra Dumasa, albo Szekspira. Nasz gospodarz tylko językiem Puszkina. No i teraz okazło się, ze jednak dobrze znac angielski. Słuchałam, co mówią Francuzi po angielsku, upewniałam sie u Damiana, czy dobrze wszystko zrozumiałam, po czym przekładałam to na język rosyjski. I tu wyszło jak Gruzini poczuwają sie do obowiązku - natychmiast zapewnił Francuzów (przez moje tłumaczenie z rosyjskiego na polski i Damianowe z polskiego na angielski), że: "wsio budiet w pariadkie, skoro prijdiot jewo drug, kotoryj"...tfu... języki mi sie mieszają... Suma sumarum - Francuzi do pół godziny ustalali z nowym przewodnikiem trasę konnej wycieczki. Fajnie być uczynnym . Ja jeszcze zapytałam, jak żyją tutaj w sezonie jesienno - zimowym. Okazało się, ze zimą zostaje tutaj około 7 osób, które dopilnowują, aby nie było wielkich zniszczeń. Domy są zabezpieczane przed śniegiem i deszczem. Jedzenie mają dowożone..helikopterem. A reszta schodzi w doliny.
- Kurczaki...Damian... przecież łóżko w którym leżymy, trzeba było przywieźć, kabinę prysznicową, kafelki.- patrzyłam w sufit zastanawiając sie, jaki koszt jest utrzymania takiego hotelu
- Własnie też o tym myślałem. Wszystko trzeba było przywieźć tą cholerną drogą - Damian tak samo snuje refleksje
Jednak cywilizacja nas rozpasała.






























































