czwartek, stycznia 31, 2019

Bałkany 2017 - Dzień czwarty: jedziemy po Travniku do Sarajeva .

Bałkany 2017 - Dzień czwarty: jedziemy po Travniku do Sarajeva .
30 lipca 2017r., Jajce, Travnik, Sarajevo
Po dość burzliwej nocy (impreza weselna, impreza ogólnie, ktoś na campingu imprezuje) i zimnej (przynajmniej dla mnie, znowu śpię zakryta po czubek głowy), budzimy się, gotowi do działania, ale niezbyt chętni do wstawania. Nie musimy się spieszyć, bo przed nami tylko 160 km do Sarajeva. Wczoraj ustalaliśmy trasę - możemy sobie pozwolić na żółwie tempo.Dlatego zatrzymamy się w Travnik, żeby coś zjeść, odpocząć.
Obok nas (ale nie za blisko), parkują dwa samochody z Polski. Staramy się nie zacieśniać znajomości, nie udzielać towarzysko.
Jesteśmy egoistami? Absolutnie! Chętnie rozmawiamy z dwoma motocyklistami z Olsztyna, którzy też zatrzymali się na parkingu. Panowie w ciągu 10 minut opowiadają sobie historię swojego życia, wymieniają uwagami, spostrzeżeniami.
A samochody.... To inna bajka. Jakież jest moje zaskoczenie/przerażenie, gdy jeden z panów kierowców odkrywa, że jego lodówka turystyczna się chyba popsuła. Zostawił ją przecież na noc podłączoną w samochodzie. Naprawdę? Drugie jego zaskoczenie - nie potrafi odpalić samochodu.... Jakoś nie połączył faktu: lodówka/akumulator/brak odpalenia.
No to nawet ja wiem, dlaczego tak się dzieje. Ale mniejsza.
My siedzimy sobie skromnie na macie, pijemy herbatę ugotowaną na turystycznej kuchence i zagryzamy burkiem. Pakuję rzeczy do kufrów, w miarę logicznie, żeby później niczego nie szukać. Damian zwija nasz dom. Robi się coraz cieplej. Ubranie kombinezonów zostawiamy na sam koniec. Dokładne sprawdzenie, czy wszystko spakowane, czy nic nie zostawiliśmy i jedziemy w dalszą drogę. Wybieramy trasę E661 przez Travnik.

Travnik, droga, a jakże - do meczetu
Tu trochę błądzimy i w efekcie jedziemy przez miasto drogą, która jest zamknięta dla ruchu (my o tym niestety, nie wiemy). Oczywiście - łapie nas policja, każe zjechać w boczna uliczkę. Jadą za nami i to chyba nas ratuje od mandatu: widzą obce blachy, bagaże. Kończy się tylko na pouczeniu. Sam Travnnik jest malutkim miasteczkiem zatem decydujemy się jechać dalej. zatrzymujemy sie przy motelu Dani na kawę i coś słodkiego (nasze ukochane naleśniki - zamiennik obiadu). Oczywiście kawa, zimna woda i w sumie płacimy 13KM.
Kawa - napój życia
Przyglądamy się miejscowym, którzy siedzą przy stolikach przy kawie, opowiadają, śmieją się - ot zwykła niedziela. Czas jednak jechać dalej. Mijamy miasteczka, osady. Życie sobie w nich płynie spokojnie. Znowu mija nas kawalkada weselnych samochodów udekorowanych na czerwono i... z zatkniętymi ręcznikami na lusterkach od strony kierowcy. Co kraj to obyczaj.

Na tle jednego z meczetów
Zjeżdżamy z drogi E661 na E73 a później już kierunek Sarajewo. Zatrzymujemy się na jednej z pierwszych stacji benzynowych aby ustawić GPS.
przedmieście Sarajeva, ustawianie GPS
W mieście jest on niezbędny. Jednocześnie chcemy wiedzie, kiedy wjedziemy w słynną Aleję Snajperów. Nie wiem, co ten GPS miał w sobie, bo jednak prowadził dobrze, ale Aleje podał nam w inną stronę. Jednak domyśliłam się, ze jedziemy własnie nią. Mijane domy/bloki nosiły ślady wojny. To juz nie pojedyncze pociski wbite w tynk. To wyrwy, które zaciągnięto tynkiem.



nowa część Sarajeva - w scianach widoczne ślady po wyrwach
Wszystko to w nowej części miasta. My jednak wjechaliśmy w Starą, bo tam znajdował się zabukowany pokój. Aby do niego dojechać, trzeba było wspiąć się na wzgórze.
droga na wzgorze Kovaci


naprawdę jesteśmy w Sarajevie
Suzi dzielnie wspina się na wzgórze Kovaci, lawiruje wśród uliczek. Wreszcie znajdujemy swoją: ulica Hendek 27, stukamy...i nic. Dopiero za drugim razem z sąsiedniego domu odzwya się ktoś i po chwili wita nas Oma (tak się przedstawiła starsza pani, Babcia naszego gospodarza). Ona mówi tylko po bośniacku, trochę po niemiecku. My po angielsku i rosyjsku. Ale jakoś dajemy sobie radę. W oczekiwaniu na właściciela, zaprowadza nas do pokoju, pokazuje łazienkę, daje ręczniki (piękne, śnieżnobiałe), proponuje kawę, coś zimnego (na to przystajemy z ochotą - dostajemy zimną colę...coś pysznego w upał), wyjaśnia, ze jeśli będziemy mieli coś do wyprania, to mamy dać do kosza a ona nam to upierze (!!!).
Po chwili pojawia się sam gospodarz. Od razu schodzi z Damianem, aby schować Suzi do garażu, ugadują sie co do formy i terminu zapłaty. Po czym zostawiają nas i życzą miłego odpoczynku.
No to jesteśmy w Sarajewie

czwartek, stycznia 31, 2019

Wakacje 2017 - Dzień trzeci - Jajce; romans dwóch rzek

Wakacje 2017 - Dzień trzeci - Jajce; romans dwóch rzek
29 lipca 2017r., Jajce
Budzą nas promienie słońca, które ogrzewają namiot. kocham słońce i ciepło, szczególnie po nocy gdy musiałam swój śpiwór związać, aby nie uciekało tak trudno wypracowane ciepło. Nie wiem, jak tego dokonałam, ale w trakcie snu odwróciłam go tak, że miałam zakrytą twarz (śpiwór z cyklu - mumia).
Dzisiejszy dzień przeznaczamy na relaks i zwiedzanie Jajce. W drodze powrotnej chcemy wymoczyć sie w jednym z jezior na rzece Plivie.

nasz dom, suzi, buty i co tam jeszcze
Śniadanie, kawa/herbata i idziemy. Ja przed wyjazdem obiecałam sobie, ze podczas tripu nie zwracam uwagi na ubiór. Ale gdy mamy dzień wolnego chce wyglądać jak kobieta. Co więcej, przed wyjazdem przeszłam pierwszy etap rozjaśniania włosów, wiec tym bardziej. Zatem ubieram sukienkę i sandałki, zakładam torebkę mojej córki (swoją drogą - to chyba czarodziejska torebka, bo cokolwiek do niej włożę spokojnie się mieści a sama torebka nie zmienia rozmiarów).  Damian zabiera plecak, bo jednak gdzieś musimy zmieścić stroje kąpielowe, ręczniki i napoje.






Rzeka Pliva, tak piękna, ze wymagała fotografowania
Idziemy sobie wzdłuż rzeki Pliva i już odczuwamy skutki zmiany klimatu. Jest ciepło. Bardzo ciepło. Ale w koncu tego oczekiwaliśmy. Jednak widoki, jakie funduje nam przyroda, rzeka, rekompensują ciepło.
W mieście przede wszystkim kupujemy napoje. Woda mineralna, jogurt. A później wspinamy się na wzgórze z twierdzą.
I tu wyjaśniam - chce uniknąć przepisywania historii twierdzy i samego miasta, informacje na ten temat można znaleźć tutu i tu.
My, zaopatrzeni w przewodnik spacerowaliśmy po wzgórzu i oczywiście - fotografowali co się dało. Aby wejść do samej twierdzy, trzeba zapłacić wstęp. I tu nie pamiętam, ile zapłaciłam, chyba ok 4KM za dwie osoby. 

kościół św. Łukasza  
 na wzgórzu 
 mam zadatki do bycia w czołówce "Archiwum X 
Znowu mała dygresja - dotychczas płaciliśmy kartą. Ale wiąże się to z koniecznością wcześniejszego upewnienia się, czy jest to możliwe. Dlatego dobrze mieć przy sobie ichniejszą gotówkę. My zabraliśmy ze sobą po 200 euro oraz jakieś drobne (ok 20 euro), wymieniłam je w kantorze. Przelicznik to 1 euro = 1,93KM
 przed wejściem do twierdzy

sprawdzam, jak jest wysoko...ech ten mój lęk wysokości
Panorama ze wzgórza piękna, znowu zamieniliśmy się w japońskich turystów i obfotografowaliśmy co się dało.
 środek twierdzy


panorama z murów twierdzy na Jajce, mizary, wieże minaretów, świadectwa o wojnie... 

my na murach
Zaczęliśmy też liczyć meczety, których w Jajce naliczyliśmy 3. Może jest i więcej...
 schodzimy z twierdzy, takie uliczki bedą teraz codziennością
meczet Esme Sultanija. Z meczetami ogólnie mi do twarzy
Teraz czas na zobaczenie słynnego wodospadu. Ja widziałam go już wczoraj (mignął mi gdy jechaliśmy mostem), ale tylko we fragmencie. Sam wodospad piękny, wysokokaskadowy. Można go podziwiać z góry, albo ze specjalnie zbudowanego tarasu widokowego. Wstęp na niego jest płatny (niestety, nie skorzystaliśmy).

 wodospad
 my, selfie nawet nam wyszło


 Inne ujęcie wodospadu i tarasu widokowego
 szaleństwo z tymi selfie... :)
rzeka Pliva, nim stanie się wodospadem
Tu tez spotkaliśmy się z muzułmanami, spokojnie robiący sobie zdjęcia, selfie i co tylko. I znowu powtórzę - żadne zapędy terrorystyczne, żadna wrogość, afiszowanie się sobą, swoją religią, kulturą. Z podobnym zachowaniem spotkałam się w Londynie, ale Londyn to miasto wielokulturowe.
Czas posiłku... staramy się znaleźć w miarę spokojne miejsce, z niewygórowanymi cenami, gdzie można płacić kartą. Udaje nam się wreszcie znaleźć restaurację. Ile nas kosztowało wytłumaczenie kelnerowi w języku polsko - angielsko - serbskim ze chcemy naleśniki (paljaczinki) to tylko my wiemy. Ale próbuję słynnej kawy po boszniacku. Kawa fusiata, parzona w specjalnym mosiężnym dzbanuszku, do której podawany jest cukier i szklanka wody. I zakochałam się w tej kawie od pierwszego łyku....
Cały posiłek wyniósł nas ok 12 KM co w przeliczeniu daje 24 złote na dwie osoby
Kawa po boszniacku, już nigdy kawa nie bedzie smakować jak tutaj
Podobnie jak przypadł mi do gustu charakter miasteczek w Bośni: dostępność do studni "państwowych" z wylewajaca się wodą, której można się spokojnie napic, małe uliczki, ich niesymetryczność. I serdeczność mieszkańców. Taka szczera, a nie udawana.
kotek przy studni
Wracamy. Mijamy też slady wojny - ostrzelane budynki, nawet tablice informacyjne. Wojna...pojęcie które znamy tylko z podręczników, filmów.

ślady po wojnie
Upał. Wizja drogi w słoncu trochę zniechęca, ale świadomość, że będziemy mogli wymoczyć się, podbudowuje. . Takich osob, jak my jest wiecej i plaża pusta rano jest teraz zatłoczona. Ale nie tylko my wpadliśmy na tak fantastyczny pomysł. Woda przejrzysta, zimna, dno kamieniste, bardzo szybko obniżające się i nie dające wsparcia stopom. Bardziej moczymy tyłki niż pływamy (tzn ja). Jednocześnie mamy okazję byc świadkami przejazdu wesela bośniackiego: oczywiście klaksony, czerwone wstęgi i flagi narodowe. I młodzi ludzie siedzący w oknach samochodów. I jakoś nikt nie chciał wypaść, wylecieć, zostać przejechanym na marmoladę. Można? Można!
kawalkada weselna
Zbieramy się do naszego campingu. Po naleśnikach zostało wspomnienie i znowu jesteśmy głodni. Zamawiamy jakieś zupy, obiecując sobie, ze w razie co - domówmy. W namiocie mamy jeszcze kupiony burek (coś w rodzaju pieriekaczewnika, tylko bardziej płaski i z różnym nadzieniem - koszt 4KM), więc nie jest źle. Okazuje się jednak, że zamówiona zupa i pieczywo załatwia sprawę. Siedzimy przy stole, omawiamy trasę jutrzejszej jazdy do Sarajewa, rozważamy opcje postoju. Uczymy się jednocześnie odpoczywania w stylu Bałkańskim - mamy czas, nic nas nie goni. Ponieważ na camping organizowane jest wesele (w stylu przyjęcia ogrodowego, z grillem, kocami, lampionami), przenosimy się w inne miejsce. Rozmawiamy, dzielimy się wrażeniami. W ten sposób kończy się nam dzień. Trzeci dzień wakacji

środa, stycznia 30, 2019

Bałkany 2017. Dzień drugi - opuszczamy strefę Schengen

Bałkany 2017. Dzień drugi - opuszczamy strefę Schengen
28 lipca 2017r. Kaszthely
Wstajemy rano o nawet przyzwoitej porze. Kolejno pod prysznic, zjadamy kanapki które zostały z poprzedniego dnia, zwijamy nasz dom, zdjęcia na tle Balatonu



Suzi, my i Balaton w tle
Nasz cel to Jajce w Bośni. Jeszcze tylko uzupełnienie płynów energetycznych Suzi i ruszamy. I znowu...Węgry to poukładane państwo, chyba bardziej niż Niemcy. Jeśli jest ograniczenie prędkości do 20km/h, to Węgier tak pojedzie, choćby to było szczere pole. Staramy dostosować się również do znaków drogowych, bo dyskutowanie z policją w ichnim języku na pewno nie będzie zakończone sukcesem. Jedziemy sobie spokojnie drogą E661 do granicy z Chorwacją w Barcs. A sama granica.... hmmm kończy się strefa Schengen, zatem jest kontrola graniczna: trzeba pokazać paszporty, zieloną kartę, ubezpieczenie. Kontrola podwójna - najpierw gdy wyjeżdżamy z Węgier, a później przy wjeździe na Chorwację, I wszędzie ta sama procedura: zdjęcie kasku, kominiarki, pokazanie paszportu, podejrzliwe spojrzenie celnika ( ja przed samym wyjazdem zmieniłam kolor włosów - stałam sie blondynką), skanowanie paszportów i gest: można jechać.
Chorwacja i Dawca
Ponieważ pora dnia stawała się dosć srodkowa, zaczynaliśmy się rozglądać za możliwością wypicia kawy i zjedzenia czego. Tylko problem zaczynał się, gdy trzeba było płacić. Nie mieliśmy ichniejszych pieniedzy (kun), tylko euro i oczywiście karty. Dlatego tez szukaliśmy knajpy/restauracji, gdzie moglibyśmy jej użyć. W Chorwacji tez zaczynaliśmy zauważać ślady niedawnej wojny bałkańskiej, domy ze śladami po pociskach. Gdzieniegdzie zakryte tynkiem, ale w niektórych miejscach pozostawione. Jak memento mori. Trochę to przerażające.
Ślady wojny
My jednak zatrzymujemy się w Grubisno Polje w kawiarni hotelu Bilgora. Zamawiamy kawę i naleśniki, siadamy na tarasie i napawamy się widokiem miasteczka.
Warto tu wspomnieć o sposobie komunikowania się. Mimo, ze to kraje które były swego czasu pod wielkim wpływem ZSRR i język rosyjski był językiem obowiązkowym obcym to mimo wszystko komunikujemy się w angielskim. Damian płynnie, mi czasami brakuje słów i muszę jego prosić o pomoc.
Jednakże teraz kelner ma niższy poziom znajomości angielskiego niż ja ( ja to przy nim poliglotka jestem). Nie przeszkadza to w zamówieniu, uregulowaniu rachunku. Płacimy kartą. I nie ma w tym jakiejś wielkiej szkody. Bank nalicza swoja prowizję, ale nie powala ona na kolana.

odpoczywamy przy kawie i naleśnikach
Odpoczęliśmy i jedziemy dalej. I znowu trasa E661 i znowu widoki, miasteczka w których widać slady wojny. I wreszcie granica...i kolejka do niej na milion kilometrów. My na moto, w skórzanych kombikach, kaskach, kominiarkach. Żar z nieba na granicy 40 stopni (dokładnie 36 w cieniu). Samochody w kolejce z przyciemnianymi szybami, włączoną klimą. Nasza Suzi bulgocze sobie równiutko, ale zaczyna włączać wentylatory chłodnicy. Dla niej też trochę za ciepło.
Stajemy grzecznie za jednym z samochodów, pytamy kierowcę czy o kolejka do granicy. Odpowiedź twierdząca, ale równocześnie przyzwolenie, ze mamy jechać a nie stać jak ...na weselu. Upewniamy się, czy aby na pewno. No to jedziemy. Większość kierowców nie reaguje, raczej przygląda się nam, ale trafiają sie tacy co używają klakson. Ale jednostki pojedyncze nie stanowią o ogóle. Co więcej...kawałek dalej stoi policjant kierujący ruchem i pilnujący porządku. On też pokazuje, ze mamy jechać bez kolejki i niczym się nie przejmować. No jeśli władza nakazuje to jedziemy już bez gadania.
Kontrola chorwacka przebiega bez problemu, znowu ta sama procedura: zdjęcie kasku, kominiarki, podanie paszportów, dokumentów Suzi, chwila sprawdzania i można jechac. Teraz kolejka na granicę z Bośnią. Znowu jedziemy bez czekania, znowu podobne reakcje, ale jesli władze nie protestują, to nie ma się czego obawiać. I znowu kontrola, podobna procedura oddanie paszportów i.... Witamy w Bośni.
A nie...witamy Republice Srbskiej...ech te układy polityczne

Dawca i baner witajacy w Serbskiej Republice. Włąsnie zauważyłam, ze ja nie mam takich zdjeć
W mieście rejestrujemy jeszcze tabliczkę z temperaturą - 36 stopni. Nie jest źle.
Ruszamy na Banja Lukę, a później na Jajce. W Banja Luce pozdrawiają nas kierowcy puszek - blachy obcego kraju robią swoje a i sposób podróżowania tez zacny. tankujemy Suzi ale i siebie (upał daje się we znaki) i ruszamy drogą E661 wzdłuż rzeki Vrbas. I to co widzimy zapiera dech w piersiach. Wąwóz jaki utworzył się wzdłuż koryta rzeki rekompensuje całe niedogodności. Rzeka raz jest leniwa i rozlewa się szerokim nurtem, a raz staje się typowo górska i otaczające ją zbocza tworzą wąski wąwóz, którego dnem jedziemy.
 rzeka Vrbas i na niej elektrownia wodna

 motocykliści...


 zakola rzeki Vrbas
prawie selfie...prawie
Dojeżdżamy do Jajce, gdzie Vrbas łączy się z rzeką Plivą. Przejeżdżamy przez miasto i jedziemy drogą E761 na Autpcamping Plivsko Jezero. Meldujemy się, płacimy (10 euro za osobę za jedną noc, w tym wliczony parking Suzi, prąd, woda). Otoczenie piękne, warunki sanitarne niezłe, jedzenie na miejscu wiec rozkładamy sie. Damian "buduje dom" a ja później go zagospodarowuję.
Suzi już na campingu
Idziemy cos zjeść, bo już późne popołudnie a my ostatni posiłek jedliśmy na Chorwacji. Zamawiamy cevapi i do tego szopską sałatę. I tu popełniamy pierwszy błąd. Czytaliśmy na blogach, że porcje serwowane w Bosni sa duże. Uzgodniliśmy, że będziemy zamawiać jedną na pół. Ale oczywiście stwierdziliśmy, że jesteśmy tak głodni, że damy radę. Tiaaaa..... daliśmy radę. Nasz posiłek był typowo południowy - jedliśmy długo, delektując się jedzeniem, ale i tak porcje nas pokonały.
 jedzonko...ok 7KM na osobę
miejscowy kot
Ponieważ do zmierzchu było jeszcze trochę czasu ruszyliśmy na rekonesans. Tym bardziej ze niedaleko nas znajdowały się słynne młyny. I znowu obudziła się w nas natura japońskich turystów.

 Jeziora utworzone na rzece








młyny wodne w różnych odsłonach i ostatnie zdjecie - po zachodzie słońca
Tutaj tez zetknęliśmy się pierwszy raz z muzułmanami. Zarówno mężczyznami jak i kobietami. Dyskretnie ich obserwowaliśmy. Kobiety w swoim towarzystwie niczym nie różniły się w zachowaniu od innych kobiet - tak samo żartowały, smiały sie, ochlapywały wodą. Mężczyźni rozmawiali w swoim gronie, siedzieli na kocach, grali w szachy. No i rodziny muzułmańskie. Dzieci, które owszem - brykały, ale stale pilnowały aby nie przesadzić, ojciec pilnujący dzieci, ich bezpieczeństwa oraz aby nie były uciążliwe dla innych. I matka, która idzie razem z nimi. Dostojna, elegancka.
Własnie... zachwycił mnie zapach muzułmanek. Żadne tam ciężkie perfumy, ale delikatny, świeży zapach. Coś pięknego.
Poszliśmy dalej, do restauracji Plaża, stale uzupełnialiśmy brak płynów. A później wróciliśmy do naszego domu. Umycie się (przypomnienie sobie czasów obozów harcerskich) i spać. Hmmmm...w nocy było mi tak zimno, że na spaniu ubierałam termo, a głowę nakryłam śpiworem - urok spania w dolinie górskiej nad rzeką.
Kolejny dzień za nami, ale pierwszy w Bośni. Zaczyna się nasza przygoda
Copyright © 2016 road 4 two , Blogger