piątek, stycznia 10, 2020

Gruzja 2019. Trip w Azji. Kaschetia. Telavi

Gruzja 2019. Trip w Azji. Kaschetia. Telavi
Kolejny dzień, kolejne wyzwanie. Poprzedniego wieczoru ustalaliśmy etapy dalszej podróży; z czego zrezygnować, co uwzględnić. Ustaliliśmy, że omijamy Tbilisi (jak wszyscy to nie my), podarujemy sobie David Gareji, bo tam coz z Azerami kwasy. Zatem Telavi (nazwa kojarząca mi się z butelki wina :P).

Poranek w Omalo i małe kotki w izbie śniadaniowej
Rano zbieramy się, jemy nasze śniadanie (czyli chleb gruziński, rybę w konserwie i pomidory), ja mam kawę, Damian herbatę. Regulujemy płatność z gospodarzem, pakujemy bagaze i ruszamy do cywilizacji. Nie wiem, jak to się dzieje, ale powrotne drogi jakoś są krótsze. Przed przełeczą zatrzymujemy się dla zdjęć, zamieniamy kilka słów z motocyklista na rosyjskich blachach (tzn ja zamieniam), jedzie do Omalo, Ma wszystko. Zapasowe opony też.


Zdjeć nigdy za wiele
Później obserwujemy, jak ciężarowy Kamaz zjeżdża w dolinę serpentynami. Kierowcy mają doskonale opracowany system. Najpierw maksymalnie wyjeżdżają w zakręt, później wsteczny, obrót koł , znowu maksymalne wyjeżdżanie, wsteczny, obrót kół i juz są ustawieni prosto do kolejnego spadu. Oczywiście - najwyższy bieg to dwójka.
Mamy mało wody już do picia i decydujemy, ze uzupełnimy ją przy którymś z potoków. Wybór pada na miejsce, gdzie czterech Gruzinów nie wyrobiło na drodze. Wydarzenie to upamiętnia jedna z wielu tablic pamiątkowych. Obok niej obowiązkowo butelka wina, róg z którego można wznieść toast. Zatrzymujemy sie, pijemy wodę (zimna, krystaliczna) i widzimy, ze zza zakrętu wyłania się terenowiec. Jak nic - grupa Gruzinów przeprawia sie przez góry.

W takich miejscach zawsze jest stoł ławeczki i kwiaty. 
Co więcej...zatrzymują się obok nas. Wyjmują z wnętrza samochodu bułeczki kukurydziane, częstują nas, później wyjeżdża tłusty boczek. Pytają, wymieniają uwagi.
A my już wiemy, co będzie kolejnym łupem z samochodu. I nie mylimy się. Czacza. Grużiński bimber, który miałam okazje posmakować dzień wcześniej. Nagle są kieliszki. Ja czynię honoru domu, bo kierowiec to kierowiec. I widzę te spojrzenia. Nooooo...
- Oni nie wiedza, na kogo trafili - Damian mówi do mnie po polsku
- To za chwile sie przekonają - odpowiadam, biorąc kilka plastrów boczku dodatkowo.
Młodszy z Gruzinów wyjmuje Sprita, starszy - zapewne tamda owej miniuczty podaje kieliszek z czaczą
- Za zdarowie - wznosi tosast
- Za zdarowie - odpowiadam, chaust i czacza już mnie pali.
Młodszy usłużnie podsuwa Sprita, żebym zapiła. Zwariował? - kto to widział mieszać wódkę z gazowanym napojem. Albo się pije wódkę, albo drink.
Ci Gruzini jednak nie potrafią pic. A tyle się mówi o wypijanych ilościach wina.
Nalewają mi trzy razy i Młody trzy razy podsuwa mi zapijacza, z nadzieja, ze jednak nie dam rady. I trzy razy jest rozczarowany.

Za przyjaźń polsko - gruzinską
- Siemdiesjat piat gradusaw - mówi z uznaniem tamada
Noooo...to niezły. Ale jeśli się piło Ducha Puszczy z Podlasia....
Później cała drogę będzie mi się odbijało tą czaczą.
Zatrzymujemy sie przy wodospadzie, aby ochłodzić sie i trochę obmyć pył, później Pshaveli, gdzie znowu widzimy siedzących mieszkańców oddających sie hazardowi.



 Rzeka Alazani - na razie w skromnej formie. I zdobywca - kierownik
hazard kwitnie
 Skręcamy na drogę do Telavi. Tam mamy zarezerwowany nocleg w pensjonacie Mari. W moim telefonie jest internet, zetem droga przez miasto wygląda ciekawie: ja trzymam telefon w dłoni, modlę sie, żeby mi nie wypadł i pod ramieniem Damiana wyciągam ramie jak najbardziej do przodu, aby ten widział mapę w telefonie. O dziwo - system sie sprawdza :)
Miejsce noclegowe przepiękne. Mieszkanie z tym bizantyjskim przepychem: dywany, ozdobne wykończenia przy sufitach, kotary. Właścicielki (o dziwo, pięknie mówią po angielsku) pokazują nam pokój a później dodatkowo zaprowadzają do kuchni oraz sąsiadującej łazienki. Od razu proszę o miskę i płyn, żeby wyszorować kombinezony. Ale to dopiero zrobię wieczorem. Teraz prysznic (pokój w bieli i błękicie), przebieramy się w cywilne ciuchy i ruszamy na integrację z mieszkańcami Telavi. Obiad w restauracji Bravo (dlaczego i tutaj jest ta mania zagraniczna?), ale potrawy, które zamawiamy są rdzennie gruzinskie. Ja zamawiam do picia sok malinowy. I dostaję. To sok z wyciśniętych świeżych malin; czuję się, jakbym krew piła. I z Czarownicy zmieniła sie w Wampirzycę. Sok jest zimy, czuję jak mi zamarza chrząstka w nosie (zawsze tak reaguje na zimne napoje).
łyk "krwi" - fajnie powampirzyć
 Pojadamy sobie spokojnie, obserwując przechodniów. Wybralismy chczapuri z farszem fasolowym, chinkali, sałatę z pomidorów i ogórków z mnóstwem kolendry (koszt ok 40 lari)
Gruzinki o pięknych ciemnych włosach, cudnej oprawie oczu, robią typowy błąd brunetek. Koniecznie chcą być blondynkami. I rozjaśnienie włosów zatrzymuje sie na pewnym etapie - etapie koloru błota. Przechodziłam to też. Jednak natura wie lepiej, z jakim kolorem włosów bedzie nam do twarzy.
Po obiedzie ruszamy dalej. Chcemy zobaczyć miasto i iśc na targ. I własnie tu możemy poznać życie Gruzji.



Telavi - miasto wina
Targ to przede wszystkim feria kolorów i zapachów. Warunki na nim sa jakie są, polski Sanepid i Magda Gessler kazaliby natychmiast to zamknąć. Ale jakoś ludziom to nie przeszkadza.
Przede wszystkim zioła; rożnego gatunku i zapachu. Królująca kolendra, ale i bazylia w dwóch wersjach kolorystycznych, pietruszka (zielona natka), sałata, czosnek, cebula. Do tego warzywa i owoce. Papryka, bakłażany, pomidory, winogrona różnego koloru i kształtu, figi, melony, arbuzy.



targ w Telavi
Najchętniej kupiłabym wszystko, bo wszystko piękne, dojrzałe, słodkie i pachnące. A gdzie jeszcze stoiska z przyprawami, ze od zapachu w nosie kreci, z serami? I oczywiście churchelami? Gwar, ruch, targowanie się. Kupuję kilka fig, winogrona, brzoskwinie. To będzie moja kolacja i śniadanie. Chcę dostać granaty, ale to nie sezon na nie. Dopiero w styczniu. No cóż,,w styczniu to bede w Polsce...szkoda.
Wracamy z zakupami na kwaterę, gospodarze proponują nam kawę, ja mam mrożoną, Damian zwykła. Do tego domowe bułeczki. Siedzimy sobie pod dachem z winorośli i odpoczywamy.

Kawy i bułeczki...ech..to jest życie
Chcemy jeszcze iść


odpoczywamy, jak wielu Gruzinów
na wzgórze Nadikvari, gdzie są ruiny amfiteatru, ale również gdzie jest piękne miejsce widokowe. Okazuje się, ze to miejsce odpoczynku i spotkań mieszkańców Telavi. Robimy zdjęcia, przyglądamy się, staramy wchłonąć ich spokój, radość i umiejętność cieszenia się życiem.
Doczłapujemy do kwatery. Ja jeszcze myje kombinezony, bo jakoś nie chcę jechać w szarych i uwalonych błotem z dróg górskich. W nocy burza i deszcz. Oby nie rozpadało się na dobre, bo popsuje nam plany podroży.
No to Kaschetię mamy za sobą.
Kolejny cel to miasto urodzin i młodości charakterystycznego pana, który zapisał się w historii swiata. Niekoniecznie chlubnie.Jedziemy do miasta Josifa Wissarionowicza Dzugaszwillego. Dla większości znanego jako Józef Stalina.

środa, grudnia 25, 2019

Gruzja 2019. Trip w Azji. Tuszetia. Omalo

Gruzja 2019. Trip w Azji. Tuszetia. Omalo
Idąc siła ciągu robię kolejny wpis z wyjazdu. Jeśli dalej będę pisała z taka szybkością, to starość mnie szybciej dopadnie.
Trzeci dzień. Budzimy się i czekamy na śniadanie w naszym hotelu. I tu informacja:dla niektórych Gruzinów pojecie "skromnie" ma całkiem inne znaczenie niż w naszym języku. Skromne śniadanie w hotelu to:pieczywo podsmażane, pieczywo zwykłe, bułeczki z serem, ser, wędlina owoce i co tam jeszcze. I jak tego nie zjeść.
 skromne śniadanie w Gruzji
Dziś czeka nas dość ciągu trasa. Może nie w odległości, ale w wysokości. Jedziemy do Omalo - wioski położonej na wysokości 3000m n.p.m. a droga do niej jest uważana ze jedną z najniebezpieczniejszych w świecie. Wracamy zatem do Ananuri (tam tankujemy), a później w Zhinvali odbijamy w lewo na Tianetię. Droga różna, czasami asfalt, czasami szuter, ale dla naszej Yamaszki w sam raz. Rozmawiamy nawet, gdy zatrzymujemy sie na kawie w jednym z miasteczek, że na upartego Suzi też dałaby radę. Ale nie chcielibyśmy, aby wjeżdżała na te 3000m nad poziom.
Postój na kawę, miejscowosc zapomniania przez ludzi, Gruzinka
I przyznam się, że tu pamieć mnie zawodzi. Jak przez mgłę pamiętam drogę do jednej z wiosek/miasteczka. Przeglądałam nawet inne blogi, aby znaleźć dokładny opis numeryczny dróg, ale nic.No cóż....Przeglądając teraz mapę google zapewne była to trasa z Tianetii do Achmety a później a później Pshaveli. WAchmecie tankowaliśmy do pełna oraz brali paliwo do wszystkich możliwych butelek, żeby później nie mieć niespodzianki. Obsługa stacji informowała nas o drodzęi czasie rpzejazdu (ok 3 godzin, choc już wiemy, ze czas w Gruzji jest wzgledny). Droga 843 i jedziemy dalej. W Pshaveli, przed wjazdem na główną trasę do Omalo, zatrzymujemy się i kupujemy cokolwiek do jedzenia. Proste skrzyżowanie, po jednej stronie sklep wielobranżowy po drugiej piekarnia i...Gruzini siedzący w cieniu drzewa i grający; w kości, warcaby - nie mamy pojęcia. Ale grają, ostro i nawet kłócą się, ale bardziej dla zachowania fasonu.
Starsi panowie siedziący za drogowskazem - hazardziści
Kupujemy chleb w piekarni (ok. 1 lari), ja dla siebie śmietanę do picia, jakąś wędlinę. Musimy cokolwiek zjeść, bo czas obiadu nam minął a nie wiadomo, co nas czeka. Kupuję jeszcze puszkę rybną, żeby miec coś na śniadanie. Ruszamy, najpierw asfaltową drogą wzdłuż rzeki Alazani, później w drodze pojawia się trochę dziur, później wiecej szutru, a później już sam szuter. Jak na razie nie jest źle, zakrety wychodzą spokojnie, mijają nas motocykliści, ale kazdy z nich dosiada jednego rumaka. tylko my jedziemy w duecie.
I tu specjalny podziw dla Damiana. Ja wiem, że motocykliści są różni, że każdy ma swój sposób jeżdzenia i wożenia plecaka. Jednak Gruzja pokazała umiejętności kierowania. Moto terenowe, z bagażami, plecakiem (czyli mną) i jazda serpentynami pod górę, a później zjazd.
 DAMIAN - JESTEŚ WIELKI! 
 I na tym kończę motyw uwielbienia. 


gdzieś w połowie drogi, tablica upamiętniajaca wypadek
Droga systematycznie wspina sie w górę, serpentyny, nawroty. Gruzini wychodzą z założenia, ze nie warto budować barierek zabezpieczających. Trudno - spadniesz to spadniesz. Albo się zsuniesz i wyjdziesz o własnych siłach, albo nie ma po co uruchamiać akcji ratunkowej. Dlatego tez co jakiś czas mijamy tablice poświęcone takim kierowcom. Jednak kierowcy Mitsubishi Delica radzą sobie wyśmienicie. Dla nich nie ma drogi, której nie można przejechać.
 Dojeżdzamy do przełęczy Abano na wysokości 2826m npm. Chwila odpoczynku, rozprostowania kości, napawanie sie widokiem szczytów, fotografowanie.









 Przełecz Abano, droga w jedną i drugą stronę i my
Przed nami dopiero połowa trasy. Teraz zjeżdżamy, jest trochę gorzej. JA co chwilę zsuwam sie z siedzenia, i przy każdym wyboju wykorzystuje moment aby poprawic się na siodle. Daję radę, choć zmęczenie zaczyna dawać o sobie. Droga choć malownicza, zaczyna sie ciągnąc. Jedziemy miedzy górami, wspinamy się na wypłaszczenia majac stale nadzieje, ze to już, zaraz, za tym zakrętem, a jak nie za tym to na pewno za następnym.
Wreszcie dojeżdżamy do celu. Wioska położona w górach, odcięta od swiata, ale nie od cywilizacji.

Szukamy naszej kwatery -hotelu Tsasne. Po lekkich komplikacjach znajdujemy go, kwaterujemy sie. Ja jak zawsze robię za tłumacza, ale zaczynam przypominać sobie coraz więcej słów , wiec idzie mi to bez problemu.
 Lokujemy sie w pokoju z łazienką. Czy pisałam już ze w większości kwater jest w łazience szampon, płyn do kąpieli a czasmi waciki do demakijażu? No to są. I oczywiście ręczniki. Zrzucamy z siebie kombinezony motocyklowe, które bardziej sa szare niz czarno - czerwone. To zasługa pyłu z drogi.
Robimy rekonesans po okolicy.
A ja mam wrazenie, ze nie ejsteśmy w Omalo, tylko w krainie Ludzi Lodu. Opowiadam Damianowi te historię z powieści Margit Sandemo. Osada jest niewielka, ale tu wreszcie słysze "dżygitów" - na pełnym galopie mijaja nas i to charakterystyczne poświstywanie. Zawsze się uczyłam gwizdać przez zęby - nigdy nie nauczyłam.  

 


 Tak piękne truchło Ziła, musiałam do niego wsiąść




 Dżigici


Damian chce nakręcić jeszcze materiał filmowy, ja wracam na kwaterę, czyszczę kombinezony i buty z pyłu. Wiem, ze jutro będzie podobnie, ale chyba wygodniej zmywać pył jednodniowy niż wielodniowy.
Pojawiają sie kolejni goście - dwie grupy Polaków, Francuzi i Holender.
W ofercie hotelu mamy również opcje kolacji - wykupujemy ją (koszt ok 15 lari od osoby) i w ofercie mamy lokalne produkty - chinkali, bakłażan z farszem orzechowym, arbuzy, kiszone warzywa, chleb i..czacze  (ichni bimber ok 75%).
Polacy.. no cóż, róznie nasi rodacy sie zachowuję, Jedna z górp dała w palnik, tak do odcięcia. A jutro czekał ich treking w górach - współczuję.
Ntomiast tu miało miejsce dość ciekawe wydarzenie. Okazało się, ze grupa Francuzów była umówiona na przejażdżkę konną. NA miejscu ani koni, ani Gruzina, który miał im to załatwić. Oni sami szprechają językiem Aleksandra Dumasa, albo Szekspira. Nasz gospodarz tylko językiem Puszkina. No i teraz okazło się, ze jednak dobrze znac angielski. Słuchałam, co mówią Francuzi po angielsku, upewniałam sie u Damiana, czy dobrze wszystko zrozumiałam, po czym przekładałam to na język rosyjski. I tu wyszło jak Gruzini poczuwają sie do obowiązku - natychmiast zapewnił Francuzów (przez moje tłumaczenie z rosyjskiego na polski i Damianowe z polskiego na angielski), że: "wsio budiet w pariadkie, skoro prijdiot jewo drug, kotoryj"...tfu... języki mi sie mieszają... Suma sumarum - Francuzi do pół godziny ustalali z nowym przewodnikiem trasę konnej wycieczki. Fajnie być uczynnym . Ja jeszcze zapytałam, jak żyją tutaj w sezonie jesienno - zimowym. Okazało się, ze zimą zostaje tutaj około 7 osób, które dopilnowują, aby nie było wielkich zniszczeń. Domy są zabezpieczane przed śniegiem i deszczem. Jedzenie mają dowożone..helikopterem. A reszta schodzi w doliny.
- Kurczaki...Damian... przecież łóżko w którym leżymy, trzeba było przywieźć, kabinę prysznicową, kafelki.- patrzyłam w sufit zastanawiając sie, jaki koszt jest utrzymania takiego hotelu
- Własnie też o tym myślałem. Wszystko trzeba było przywieźć tą cholerną drogą - Damian tak samo snuje refleksje
Jednak cywilizacja nas rozpasała. 
Copyright © 2016 road 4 two , Blogger