Przyjeżdżamy na miejsce, lokujemy sie w naszym pokoju z łazienką. Mamy wygodne łózka, czysta posciel, ciepła wodę, sanitariat i...to wszystko. Co więcej - widoczne jest, że dom prowadzi mężczyzna. To znaczy - ja to dostrzegam. Jest czysto, ale bez przesady.Ale co tam - to tylko jedna noc. Jutro ruszamy. Jeszcze tylko kolacja, na którą zaprasza szef motogruzja i idziemy spać. Juto ruszamy.
JUTRO
Jeszcze sie nie zdarzyło, żebyśmy nie mieli ustalonego planu podróży. Kiedyś musi być pierwszy raz. I własnie teraz jest ten pierwszy raz. Okazuje się, ze moto owszem i jest, ale niesprawne, zatem pojedziemy nie na BMW tylko na Yamaszce. Mi tam rybka, byle sie siedziało, nie dyndało nogami i można było przytroczyć bagaże. No cóz... w pewnym momencie nawet Damian traci cierpliwość i pomaga doprowadzić moto do drogi (wymiana koła, założenie łańcucha, wymiana akumulatora).
W bazie - przygotowanie Yamahy
Pakowanie bagażu
Yamaszka gotowa do drogi
Przytraczamy sakwy, rolbag, ustalamy trasę z chłopakami i ruszamy. Jeszcze tylko wjeżdżamy do centrum aby kupić kartę telefoniczną. Bardziej zależy nam na dostępie do internetu niż samych rozmowach telefonicznych.No to ruszamy. Droga SH14 najpierw na Baghdati, a póżniej na Sairme. Za Baghdati przed mostkiem na rzece skręcamy w złym kierunku, choc przekonani, ze jedziemy dobrze, bo miał być szuter (droga jest w trakcie budow). Ale mapa w telefonie informuje nas, ze mamy natentychmiast zawrócić i jechać prosto przez most. Droga piękna, winklowa, taka będzie w całej Gruzji. No chyba, że pojedziemy głównymi drogami. Ale tych jest mniej w naszej marszrutce. Przed Sairme (kompleks leczniczo - SPA) Zatrzymujemy się na obiad. Pierwszy obiad w Gruzji. Guesthouse Mameneti.
nasz pierwszy przystanek posiłkowy
Prowadzi go starsze małżeństwo. Menu jest wywieszone przed domem w formie zdjęć i można po prostu powiedzieć TO i wskazać palcem. Ja jednak pięknym językiem Puszkina witam się i mówię, ze chcemy coś zjeść i konkretnie objaśniam co. Gospodarze po chwili przynoszą nam pierwszy posiłek - zupę, chleb (będziemy sie nim obżerać przez cały pobyt w Gruzji) i sałatkę pomidorowo - ogórkową z kolendrą. To dla mnie stanowił hit wyjazdu. A później już zamówione chaczapuri adżarskie. Coś przepysznego
nasz posiłek, chaczapuri w roli głównej, prosto skromnie, ale elegancko
I tu taka uwaga: W GRUZJI TRZEBA UPRZEDZIĆ, ZE CHCE SIE KAWĘ BEZ CUKRU.Ja tego nie zrobiłam i dostaliśmy dwie słodzone kawy. No trudno.
Druga uwaga - toalety w Gruzji. Tam jeszcze panuje stary system i często toaleta to otwór w podłodze z miejscem na stopy. Jest to czyste, ale... No własnie.
Żegnamy sie z gospodarzami i ruszamy dalej. Naszym celem jest przejazd przez Mały Kaukaz i dojazd do Borjomi. Wspinamy się po drodze szutrowej, mijamy pasące sie krowy, domy, które bardziej przypominają szopy sklecone z tego co było pod ręką, obszczekują nas psy - owczarki kaukaskie z obciętymi ogonami i przyciętymi uszami (w ten sposób są bezpieczne przed wilkami i spokojnie sobie z nimi poradzą). Droga jet kreta z mocnymi zakrętami i na jednym z nich wypada z naprzeciwka terenowe mitsubishi. Damian szybko zjeżdża w bok a ja widzę jak bok samochodu niebezpiecznie zbliża się do mojej nogi. Zbliża się też do nas przepasć. Na szczęście wszystko opanowane, kilka sekund odpoczynku i ruszamy w dalszą drogę.
gdzieś w górach Małego Kaukazu
Na przełęczy postawione znowu kilka zabudowań. O dziwo - mieszkają tam ludzie. Poniżej jest tez budowana droga - zatem nie są aż tak odcięci od świata. Jednak urok wioski na takiej wysokości pozostaje.Zjeżdzamy z gór serpentynami, okazuje sie, ze lampka poziomu paliwa zaczyna sie świecić. A paliwa miało spokojnie wystarczyć. No cóż, jakoś trzeba sobie radzić. Damian wykorzystuje nachylenie terenu i jedziemy na wygaszonym silniku. Tankujemy na najbliższej stacji benzynowej.
jedna z wielu twierdz - świadectwo, ze Gruzja była walecznym krajem
Później kawa (tym razem już mówię, ze bez cukru), obsługujący nas Gruzin mówi po rosyjsku, wypytuje skąd jedziemy i dlaczego nie byliśmy we Wradzia? (to miasto wykute w skale). Zapewniamy, ze dopiero rozpoczynamy podróż i wiele przed nami. Przeglądamy tez oferty noclegów na booking, ale nie rezerwujemy, Damian stwierdza, ze szukamy coś na miejscu.I to był błąd.
Na miejscu okazuje się, ze ejst inaczej niz mapa wskazuje, noclegi/kwatery nie są oznakowane, Gruzini jednak nie mówią tak po rosyjsku jakby się chciało. W końcu klepiemy nocleg. Szukamy go. I ponownie problem: mapa co innego, rzeczywistość co innego. W końcu, bładząc natrafiamy na inny nocleg, tam pomagają nam gospodarze, przyjeżdża ojciec naszego właściwego gospodarza, każe jechać za sobą. Nareszcie. W życiu byśmy nie trafili. Po drobnych perypetiach przebieramy się i idziemy kupić coś na kolację.
I tu trafia sie nam przygoda. Podchodzimy do kiosku spożywczego (zapewne prowadzony rodzinnie), pilnuje go mała dziewczynka i gdy nas widzi głośnym krzykiem informuje dorosłych, ze są klienci.
- Spokojna, my padażdiom - machinalnie uspokajam po rosyjsku
I tu następuje clou -
- Dede, ruskije, ruskije! - głośno woła mała Gruzinka
Pół okolicy się zleciało, żeby zobaczyć Ruskich, którzy nie są Rosjanami. Zaczynamy mówić po polsku, ze jednak nie jesteśmy z kraju cyrylicy, że nasi pisarze to Sienkiewicz i Prus. Ot... bratnia miłość.
Wracamy, po drodze kupujemy jeszcze chleb (0.90 lari) pomidory i ser (też ok 1,5 lari). Uczta jak się patrzy.
No to pierwszy dzień w Imertii i mieście uzdrowiskowym Borjomi za nami.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz