sobota, grudnia 07, 2019

Gruzja 2019. Trip w Azji. Imertia

Przylatujemy do Kutaisi. Sama procedura lotu, odprawa została opisana tu . Czekają na nas z firmy motogruzja, odbierają z lotniska, pakują do samochodu. Jest już ciemno (trzy godziny w przód w stosunku do czasu polskiego), ale nie znaczy to, ze ruch uliczny jest słaby. I już wówczas mamy możliwość przekonania się naocznie i nausznie czym jest ruch uliczny w Gruzji. Klakson to podstawowy srodek komunikowania się. Słowo "Durak" co chwile pada z ust naszego kierowcy. Jeździ sie zdecydowanie i nie ma czasu na zastanawianie się. Obserwuję miasto przez okno - cos pośredniego miedzy stylem kolonialnym, bizantyjskim i postkomunistycznym. Mieszanka stylów ale jedno dominuje - czasy świetności ma za sobą.
Przyjeżdżamy na miejsce, lokujemy sie w naszym pokoju z łazienką. Mamy wygodne łózka, czysta posciel, ciepła wodę, sanitariat i...to wszystko. Co więcej - widoczne jest, że dom prowadzi mężczyzna. To znaczy - ja to dostrzegam. Jest czysto, ale bez przesady.Ale co tam - to tylko jedna noc. Jutro ruszamy. Jeszcze tylko kolacja, na którą zaprasza szef motogruzja i idziemy spać. Juto ruszamy.

JUTRO
Jeszcze sie nie zdarzyło, żebyśmy nie mieli ustalonego planu podróży. Kiedyś musi być pierwszy raz. I własnie teraz jest ten pierwszy raz. Okazuje się, ze moto owszem i jest, ale niesprawne, zatem pojedziemy nie na BMW tylko na Yamaszce. Mi tam rybka, byle sie siedziało, nie dyndało nogami i można było przytroczyć bagaże. No cóz... w pewnym momencie nawet Damian traci cierpliwość i pomaga doprowadzić moto do drogi (wymiana koła, założenie łańcucha, wymiana akumulatora).
 W bazie - przygotowanie Yamahy
 Pakowanie bagażu

Yamaszka gotowa do drogi
Przytraczamy sakwy, rolbag, ustalamy trasę z chłopakami i ruszamy. Jeszcze tylko wjeżdżamy do centrum aby kupić kartę telefoniczną. Bardziej zależy nam na dostępie do internetu niż samych rozmowach telefonicznych.
No to ruszamy. Droga SH14 najpierw na Baghdati, a póżniej na Sairme. Za Baghdati przed mostkiem na rzece skręcamy w złym kierunku, choc przekonani, ze jedziemy dobrze, bo miał być szuter (droga jest w trakcie budow). Ale mapa w telefonie informuje nas, ze mamy natentychmiast zawrócić i jechać prosto przez most. Droga piękna, winklowa, taka będzie w całej Gruzji. No chyba, że pojedziemy głównymi drogami. Ale tych jest mniej w naszej marszrutce. Przed Sairme (kompleks leczniczo - SPA) Zatrzymujemy się na obiad. Pierwszy obiad w Gruzji. Guesthouse Mameneti.
nasz pierwszy przystanek posiłkowy
Prowadzi go starsze małżeństwo. Menu jest wywieszone przed domem w formie zdjęć i można po prostu powiedzieć TO i wskazać palcem. Ja jednak pięknym językiem Puszkina witam się i mówię, ze chcemy coś zjeść i konkretnie objaśniam co. Gospodarze po chwili przynoszą nam pierwszy posiłek - zupę, chleb (będziemy sie nim obżerać przez cały pobyt w Gruzji) i sałatkę pomidorowo - ogórkową z kolendrą. To dla mnie stanowił hit wyjazdu. A później już zamówione chaczapuri adżarskie. Coś przepysznego

nasz posiłek, chaczapuri w roli głównej, prosto skromnie, ale elegancko
I tu taka uwaga: W GRUZJI TRZEBA UPRZEDZIĆ, ZE CHCE SIE KAWĘ BEZ CUKRU.
Ja tego nie zrobiłam i dostaliśmy dwie słodzone kawy. No trudno.
Druga uwaga - toalety w Gruzji. Tam jeszcze panuje stary system i często toaleta to otwór w podłodze z miejscem na stopy. Jest to czyste, ale... No własnie.
Żegnamy sie z gospodarzami i ruszamy dalej. Naszym celem jest przejazd przez Mały Kaukaz i dojazd do Borjomi. Wspinamy się po drodze szutrowej, mijamy pasące sie krowy, domy, które bardziej przypominają szopy sklecone z tego co było pod ręką, obszczekują nas psy - owczarki kaukaskie z obciętymi ogonami i przyciętymi uszami (w ten sposób są bezpieczne przed wilkami i spokojnie sobie z nimi poradzą). Droga jet kreta z mocnymi zakrętami i na jednym z nich wypada z naprzeciwka terenowe mitsubishi. Damian szybko zjeżdża w bok a ja widzę jak bok samochodu niebezpiecznie zbliża się do mojej nogi. Zbliża się też do nas przepasć. Na szczęście wszystko opanowane, kilka sekund odpoczynku i ruszamy w dalszą drogę.




 gdzieś w górach Małego Kaukazu
Na przełęczy postawione znowu kilka zabudowań. O dziwo - mieszkają tam ludzie. Poniżej jest tez budowana droga - zatem nie są aż tak odcięci od świata. Jednak urok wioski na takiej wysokości pozostaje.
Zjeżdzamy z gór serpentynami, okazuje sie, ze lampka poziomu paliwa zaczyna sie świecić. A paliwa miało spokojnie wystarczyć. No cóż, jakoś trzeba sobie radzić. Damian wykorzystuje nachylenie terenu i jedziemy na wygaszonym silniku. Tankujemy na najbliższej stacji benzynowej.

jedna z wielu twierdz - świadectwo, ze Gruzja była walecznym krajem
 Później kawa (tym razem już mówię, ze bez cukru), obsługujący nas Gruzin mówi po rosyjsku, wypytuje skąd jedziemy i dlaczego nie byliśmy we Wradzia? (to miasto wykute w skale). Zapewniamy, ze dopiero rozpoczynamy podróż i wiele przed nami. Przeglądamy tez oferty noclegów na booking, ale nie rezerwujemy, Damian stwierdza, ze szukamy coś na miejscu.
I to był błąd.
Na miejscu okazuje się, ze ejst inaczej niz mapa wskazuje, noclegi/kwatery nie są oznakowane, Gruzini jednak nie mówią tak po rosyjsku jakby się chciało. W końcu klepiemy nocleg. Szukamy go. I ponownie problem: mapa co innego, rzeczywistość co innego. W końcu, bładząc natrafiamy na inny nocleg, tam pomagają nam gospodarze, przyjeżdża ojciec naszego właściwego gospodarza, każe jechać za sobą. Nareszcie. W życiu byśmy nie trafili. Po drobnych perypetiach przebieramy się i idziemy kupić coś na kolację.
I tu trafia sie nam przygoda. Podchodzimy do kiosku spożywczego (zapewne prowadzony rodzinnie), pilnuje go mała dziewczynka i gdy nas widzi głośnym krzykiem informuje dorosłych, ze są klienci.
- Spokojna, my padażdiom - machinalnie uspokajam po rosyjsku
I tu następuje clou -
- Dede, ruskije, ruskije! - głośno woła mała Gruzinka
Pół okolicy się zleciało, żeby zobaczyć Ruskich, którzy nie są Rosjanami. Zaczynamy mówić po polsku, ze jednak nie jesteśmy z kraju cyrylicy, że nasi pisarze to Sienkiewicz i Prus. Ot... bratnia miłość.
Wracamy, po drodze kupujemy jeszcze chleb (0.90 lari) pomidory i ser (też ok 1,5 lari). Uczta jak się patrzy.
No to pierwszy dzień w Imertii i mieście uzdrowiskowym Borjomi za nami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 road 4 two , Blogger