czwartek, listopada 28, 2019

Gruzja 2019. Trip w Azji

Na urlop w tym roku czekaliśmy dłużej. W międzyczasie były wyjazdy na tor - przed samymi wakacjami nawet intensywne - bo ruszyliśmy w piątek, wróciliśmy w niedzielę, później poniedziałek i wtorek na ogarniecie i znowu środa na tor, ale po Silesia Ring jechaliśmy prosto na Stary Kisielin. Oooo i tu taka ciekawostka - te dwa ostatnie już byłam jako fotograf taki naprawdę. Na Silesi nawet przechodziłam szkolenie: jak się poruszać na torze (ta aby wejść na tor trzeba sie zgłosić, zapłacić kaucję, dostaje sie kamizelkę i poruszać można się wg określonych zasad.
Wróciliśmy późno w nocy w niedzielę. Miałam jeszcze na tyle czasu, aby zrobić pranie i przepakować rzeczy do kufrów motocyklowych.
We wtorek, 20 sierpnia, Zameldowalismy się na lotnisku w Pyrzowicach. Lecimy do Gruzji

Przygotowania
Pomysł wyjazdu musiał pojawić się gdzies w okolicy października/listopada. Na pewno nie później, bo w black friday Damian pilnował biletów na samolot. Udało się je kupić za 450 złotych w dwie strony od osoby. Oczywiście - szukanie mapy (okazało się, że jest takowa w szafie, w stosiku innych map - nikt nie wie, kiedy ją zakupiono), przewodnika, oglądanie filmów, czytanie blogów.
Ale później pojawiły się wyjazdy na tor, moja nauka jazdy na motocyklu - jakoś Gruzja odjechała na dalszy plan.
Owszem - szukaliśmy informacji, jak poradzić sobie z bagażami, jak przewieźć kaski. Ale to przecież dopiero w sierpniu, więc na razie nie trzeba o tym myśleć (tak uważał Damian, bo ja jednak myślałam, czytałam, szukałam informacji). Problem tez stanowiły przeciwdeszczowce. Trzeba je zabrać, bo jedziemy w góry, tam moze być różnie z pogodą. A one same zajmują całe sakwy.
W ostateczności została wykupiona opcja prioryty:
- Kaski włoży się do sakw, a rzeczy do plecaków.
Chciałam zapytać do których sakw i których plecaków, bo kaski nigdzie sie nie zmieszczą, a plecaki znowu maja ograniczoną pojemność. Ale nic nie mówiłam. Jednak któregoś pięknego popołudnia wyciągnęłam sakwę i naocznie ukazałam, ze niestety - ale trzeba cos innego wymyślić
- No to problem bagażu rozwiązał się sam - stwierdził spokojnie Dawca, czym mnie doprowadził do białej gorączki, ale policzyłam od 1000000 do 1 i przeszło mi.
I jakoś przed którymś z sierpniowych wyjazdów na tor Dawca stwierdził, ze przecież kaski kupiliśmy w specjalnych pokrowcach i można je wykorzystać jako plecaki. do kasków się wpakuje drobiazgi i gotowe.
Jednak proste rozwiązania są najlepsze.

Pakowanie
Rzeczy pakowałam do dwóch sakw. Zazwyczaja kazdy ma swoją, ale tym razem kosmetyki wyraźnie sie buntowały, nie chciały sie nigdzie zmieścić (ja oprócz tych do codziennej higieny biore jeszcze do makijażu - tak, do makijażu, kobieta zawsze podkreśla swoja urodę). Dlatego też tu poszłam na kompromis. Po prostu musze spakować rzeczy i już.
Chyba nigdy nie pisałam, co zabieramy w trasę. Zawsze są to podkoszulki (jedna na dwa dni), bielizna, skarpetki (przelicznik podobny jak w podkoszulkach), trampki, spodenki (ja spódniczkę mini), piżamy, reczniki (turystyczne - nie znosze ich). Kosmetyki przelewam do mniejszych pojemników. I tak na lotnisku duże musiałabym wyrzucić, kremy tak samo, uzupełniam próbkami, które zazwyczaj dostaję, moje kosmetyki do makijażu, aparat fotograficzny, kamera GOProo, okulary przeciwsłoneczne i masa innych drobiazgów niezbędnych do życia. Jako ochronę przed deszczem kupilśmy peleryny w Decathlonie. Zajmują mało miejsca, a jednak cos nas ochronią. Peleryny i reczniki zmieściły się do kasków. Reszta w sakwach, kombinezony na sobie i możemy jechać.

Lotnisko
Przyjechalismy dwie godziny wcześniej. Początkowo sadziłam, że trochę wzbudzimy sensację: w kombinezonach, butach motocyklowych, tak jednak nietypowo. Ale widocznie pasażerowie i obsługa niejedno widziała i jakoś nie lampili się za nami. Albo przynajmniej udawali.
Kontrola bezpieczeństwa. Zdejmowanie butów, zegarków, wyłożenie kosmetyków, aparatów itd (a tak miałam to ładnie popakowane). Bramki, na których ja zawsze dzwonię. Sprawdzanie mnie, mojego kombika. Ale wszystko ok, można isc dalej. Odprawa paszportowa, wychodzimy na sale odlotów. Mamy opcję prioryty. I tu pojawia sie problem - wizz air podobnie jak inne tanie linie lotnicze- ma słynne poręcze do sprawdzania objętości bagażu. Tu tez były i straszyły pięknym różowym kolorem. Podeszłam do nich...sakwy miesciły sie, ale kask już nie. No to mamy zagwozdkę. Ale okazało się, ze w ogóle nie wymagano od nas wkładania bagażu. Może dlatego, że wyglądaliśmy dość interesująco? A moze dlatego, ze inni mieli większe bagaże? Nieistotne. Ważne, ze wsiadamy do samolotu. Procedury startowe i...lecimy.

 gdy już nie wiesz, co robic w samolocie

widok z okna samolotu
Pogoda piękna, możemy zerkać przez okienko na ziemię. I tak nudzi nam się to po 1,5 godzinie, a gdzie tam reszta. W końcu lądujemy w Gruzji. Lotnisko w Kutaisi. Wychodzimy jako jedni z ostatnich. Policjanci od razu zagadują: skad, gdzie, co chcemy zobaczyć. Jednak kombinezony i kaski otwierają wiele drzwi i łagodzą ludzi. Przechodzimy procedury i wychodzimy na część przylotów. Od razu mówie: lotnisko w Kutaisi to jedna hala, jest podzielona na części przylotów, odlotów, poczekalni itd.
Od razu po wyjściu czekają kierowcy marszrutek oferujący przejazd w dowolne miejsce. Oczywiście za odpowiednia opłatą (chyba ok 35 lari, bo tyle mówił nam nasz kierowca, gdy wracaliśmy). Jest też tam stoisko, gdzie można zakupić kartę telefoniczną z dostępem do internetu (my mieliśmy z sieci Magti za ok 50 lari, korzystaliśmy tylko z dostępu do internetu, dwa razy zadzwoniliśmy do firmy, w której wypożyczyliśmy motocykl).
Na nas czekał człowiek z formy motogruzja.pl w charakterystycznej koszulce. Zapakował nas do marszrutki (całkiem całkiem busika) i ruszyliśmy.
No to jesteśmy w AZJI. W Gruzji.

Gruzja 
To stan umysłu. Kraj całkiem inny, niż te w których byliśmy. Najpierw sądziliśmy, ze będzie efekt WOW. A tu nic takiego. Miasto takie sobie, droga też..no dobrze: jest klimat, jest specyficzna budowla, krajobraz (troche przypominający Bałkany, ale to nie Bałkany). Dopiero w miarę przemieszczania się z miejsca na miejsce dostrzegamy specyfikę tego kraju. Najpierw jedziemy na południe, zaliczamy Mały Kaukaz, Borjomi :jedyne miejsce, gdzie nie rezerwowaliśmy wcześniej noclegów, później nie powtórzymy tego błędu). Później Droga Wojenna i Kazbeg z najbardziej charakterystycznym miejscem w Gruzji: cerkiew Cminda Sameba. Jedziemy Yamaszką XT660R i ona dzielnie sprawuje się nam na drodze.
nasza towarzyszka wyjazdu - dzielnie będzie nas wozić po całym kraju
Później Omalo, Telavi, Gori, Zugdidi z wypadem nad Morze Czarne i wreszcie Mesti i Uschguli w Wysokim Kaukazie. Własnie..Kaukaz. Jakoś do nas nie dociera, ze przed nami są pięciotysięczniki. To na mnie większą pokorę wywołują Tatry. Dopiero dwa dni w Mesti sprawiają, ze dociera do nas: jestesy w Gruzji.
droga do Omalo, wysokosć ok 3000m.n.p.m.
Sam kraj... Widać ślady świetności, ale widać również, ze czas robi swoje. Albo, że zatrzymał się gdzieś w latach 80. Czyli mniej więcej, gdy Republiki Radzieckie zaczęły wychodzić spod bata. Mamy porównanie też do Ukrainy. Ukraina jest biedna. Może duze miasta jeszcze jako - tako. Ale miasteczka, wsie to bieda. W Gruzji jest inaczej. Duze miasta maja swój urok, widać w nich dawne bogactwo. Są tylko zaniedbane. Możliwe, ze spowodowane jest to specyficznym podejściem Gruzinów do życia i pojęcia CZAS. Dla nich CZAS nie istnieje, jest względny. Jest tylko CZAS na spotkania. Ale może na tym polega urok tego kraju.
Bałkany nauczyły nas odpoczynku, Gruzja to pogłębiła


Sadziłam, ze będzie to wpis pojedynczy. Jednak teraz widzę, że tej przygody nie mozna przedstawić za jednym zamachem. Zatem zrobię kilka wpisów dotyczących miast/miejsc, gdzie byliśmy, jedzenia, które w Gruzji jest celebracją, ludzi, którzy stanowią serce tego jakze ciekawego kraju

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 road 4 two , Blogger